POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 12-14

Temat tygodnia

Rafał Kalukin

Prezydent między prawicami

Andrzej Duda, nawet jeśli walczy tylko z Ziobrą czy Macierewiczem, podważa przywództwo prezesa Kaczyńskiego. To jednak nadal spór w prawicowej rodzinie.

Wygląda na to, że „Adrian” bezpowrotnie wyprowadził się z przedpokoju prezesa. Wbrew nadziejom najbliższego kręgu Kaczyńskiego prezydenckie weta nie okazały się jednorazowym incydentem. Andrzej Duda stał się suwerenną figurą polskiej polityki i najwyraźniej dobrze się z tym czuje.

Blokując generalskie nominacje, prezydent potwierdza ten kurs. Niemrawa odpowiedź rządu pokazuje zaś, że PiS nie bardzo dziś wie, co z tym począć, i najwyraźniej czeka aż Dudzie przejdzie. Wedle logiki państwowej sytuacja jest oczywista: skoro minister obrony nie jest w stanie stworzyć choćby elementarnych kanałów komunikacyjnych ze zwierzchnikiem sił zbrojnych, powinien odejść. Problem w tym, że Macierewicz jest przede wszystkim jednym z pisowskich notabli, głównym strażnikiem partyjnej ortodoksji. Konfrontacja prezydenta z szefem MON – niezależnie od jej wymiaru kompetencyjnego – staje się więc przy okazji symbolicznym sporem dwóch fundamentalnych prawicowych wrażliwości.

Zemsta jest słodka

Clausewitz pisał, że wojna jest „cudowną trójcą”, połączeniem ślepego instynktu nienawiści, zbiegów okoliczności oraz politycznego rozumu chroniącego walczące strony przed totalnym chaosem. W polskiej polityce zarządzanej regułami wojennymi widać to doskonale.

Ustawy o sądach miały być kluczową ofensywą toczonej od ponad dekady krucjaty. Politycy partii rządzącej i medialni propagandyści bez ceregieli utożsamiali niezależną władzę sądowniczą z wrogim „obozem III RP”. Nie trudzono się nawet nad opisem nowego ładu w sądach. Jedynym źródłem impetu było zniszczenie starego. Tym bardziej szokująca była wolta Dudy. Jeśli bowiem mieliśmy do czynienia z decydującą ofensywą, to – przyjmując perspektywę ortodoksów – prezydent dopuścił się zdrady własnego obozu.

Symptomy buntu nasilały się już od kilku miesięcy. Zaczęło się od czkawki korespondencyjnej w relacjach z MON. Generałowie odchodzili z armii, prezydent słał pisma z żądaniami wyjaśnień, minister milczał. Tuż po sądowych wetach Macierewicz wykonał akcję odwetową: podległe mu SKW zawiesiło gen. Jarosławowi Kraszewskiemu z Biura Bezpieczeństwa Narodowego prawo dostępu do informacji niejawnych. To najwyższy rangą wojskowy doradca prezydenta, odpowiedzialny m.in. za opiniowanie nominacji generalskich. Odmowa ich podpisania przez głowę państwa jest więc odpowiedzią logiczną.

Kolejne etapy przyspieszonej emancypacji prezydenta wyznaczane były przez dymisję szefowej kancelarii Małgorzaty Sadurskiej (podejrzewanej o zbyt bliskie związki z centralą PiS), ogłoszenie nieskonsultowanej inicjatywy referendum konstytucyjnego oraz weto ustawy o Regionalnych Izbach Obrachunkowych.

Nowogrodzka przyglądała się bez entuzjazmu, lecz nie komentowała. Prezydent zredukowany do roli marionetki dawał komfort w rządzeniu. Lecz wiadomo było, że „Adrianowi” trudno byłoby pokonać Tuska w kolejnych wyborach. Osobisty interes prezydenta pokrywał się zatem z interesem obozu. Tym, co obie strony dzieliło, był kontekst emocjonalny. I sposób traktowania przez PiS lokatora Pałacu.

Im mocniej Duda zginał kark, tym bardziej był upokarzany. Autoryzując konstytucyjne delikty, osobiście ryzykował Trybunałem Stanu. Spalił mosty z własnym środowiskiem prawniczym. Wreszcie stał się figurą satyryczną z internetowych memów i politycznego kabaretu. Od Kaczyńskiego doczekał się za to jedynie upokarzającej odmowy publicznego podania ręki.

Zdaniem George’a Orwella zemsta zawsze bierze się z bezsilności. Lecz gdy człowiek nabiera już siły, pragnienie odwetu przechodzi. Otwiera się bowiem zupełnie nowe pole racjonalnego działania. I tak pewnie było z prezydentem. Odgrywając się za wszystkie upokorzenia, odzyskał podmiotowość. Pytanie, do czego jej teraz użyje.

Strażnik spokoju

Gdy Andrzej Duda ogłaszał weta ustaw sądowych, wielu protestujących na ulicach obywateli zapewne uznało, iż prezydent odnalazł powołanie strażnika konstytucji. Należałoby jednak zachować ostrożność. Okoliczności podjęcia tych decyzji oraz jej uzasadnienia dowodzą czegoś innego.

Interwencja Dudy w proces legislacyjny zaczęła się od żądania wpisania do ustawy zasady, iż członków KRS wybiera się sejmową większością trzech piątych. A zatem główny sens „reformy” uzależniającej władzę sądowniczą od politycznej nie został podważony. I dopiero gdy Kaczyński de facto odrzucił ultimatum, prezydent zawetował dwie kluczowe ustawy, wywracając tym samym stół. Lecz zrobił to w taki sposób, aby kluczowy motyw ukryć. Protestującym obywatelom pokłonił się jako „prezydent wszystkich Polaków”. A wyborcom PiS zasugerował, że podpisanie ustaw sprowokowałoby dalsze protesty bezpośrednio zagrażające już rządom prawicy.

Stwierdził w uzasadnieniu: „Nie chcę, żeby ta sytuacja się pogłębiała, dlatego że to pogłębia podział w społeczeństwie. A Polska jest jedna i potrzebuje spokoju. I ja czuję za to odpowiedzialność jako prezydent”. Trudno było przeoczyć sprytnie przemycone hasło niedawnego kongresu PiS w Przysusze („Polska jest jedna”). Za szczególnie bałamutne należy zaś uznać odwołanie do spokoju społecznego. Demagogicznie zrównywało to przyczynę ze skutkiem. Pisowską akcję i uliczną reakcję uznawało za równie szkodliwe.

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]