POLITYKA

Wtorek, 25 lipca 2017

Polityka - nr 3 (5) z dnia 2017-04-05; Niezbędnik Inteligenta. 1/2017. Wielkie post. Jak wyjść z kryzysu rzeczywistości; s. 6-11

Edwin Bendyk

Prolog: Kryzys rzeczywistości

„Pewne jest to, co niemożliwe”. Po zajęciu Krymu przez Rosjan, po zwycięstwie Donalda Trumpa w Stanach Zjednoczonych, po decyzji Brytyjczyków, by opuścić Unię Europejską – zasada ta staje się regułą rządzącą światem. Witajcie w interregnum, czasach bezkrólewia.

Wiek XXI rozpoczął się 11 września 2001 r. Cały świat uczestniczył za pośrednictwem mediów w ponurym wydarzeniu rozgrywającym się w Nowym Jorku i Waszyngtonie. Kto widział obrazy samolotów pasażerskich wbijających się w wieżowiec World Trade Center, walących się budynków, skaczących na pewną śmierć ludzi, nigdy nie zapomni grozy tego spektaklu. A widzieli wszyscy, wszak żyjemy w Globalnej Wiosce.

Pojęcie to wprowadził w obieg w latach 60. XX w. kanadyjski badacz mediów Marshall McLuhan, by opisać świat, w którym dzięki najnowszym technologiom komunikacyjnym media zyskały zasięg planetarny. Lądowanie na Księżycu w lipcu 1969 r. oglądało wspólnie 530 mln widzów. Przedsięwzięcie Live Aid (dwa koncerty rockowe na rzecz głodujących) w 1985 r. przyciągnęło 1,9 mld widzów. Dwadzieścia lat później projekt Live 8 swym zasięgiem objął widownię liczącą 5,5 mld ludzi.

Plemię Człowieka Elektronicznego

Wioska McLuhana to jednak nie arkadyjska kraina, w której powszechny, globalny dostęp do informacji powoduje, że ludzie stają się lepsi, przestają prowadzić wojny i się nienawidzić, ostrzegał kanadyjski uczony. Przekonywał on, że wraz z rozwojem elektronicznych mediów kończy się epoka Gutenberga i Człowieka Książki. Nadszedł czas Człowieka Elektronicznego, dla którego media są niczym plemienny bęben. To one narzucają rytm działania i powodują, że choć coraz więcej widzimy, to niekoniecznie więcej wiemy i rozumiemy. Deficyt wiedzy i rozumienia zastępują emocje dające widzom medialnego spektaklu poczucie uczestnictwa w gorącej, neoplemiennej wspólnocie. Przypomnijmy sobie wspólnotowe emocje, jakie zapanowały w Polsce po śmierci Jana Pawła II. Nawet kibice rywalizujących klubów piłkarskich rzucali się sobie w ramiona, przekazując znak pokoju. Co z tych emocji pozostało?

Plemienne odruchy Człowieka Elektronicznego niewiele mają wspólnego z prawdziwą wspólnotowością, dla której najważniejszym klejem nie są emocje (choć o tych nie wolno zapominać), lecz zaufanie. Socjolog Piotr Sztompka, badacz współczesnego społeczeństwa, nazywa zaufanie relacją moralną, która wspólnie z lojalnością, wzajemnością, szacunkiem, solidarnością tworzy przestrzeń międzyludzką. To ona właśnie czyni z zanurzonych w niej ludzi całość większą niż prosta suma jednostek. Samo zaufanie jest, jak podpowiada Piotr Sztompka, „zakładem podejmowanym na temat niepewnych, przyszłych działań innych ludzi”. Zaufanie do policji oznacza, że w potrzebie można podejść do funkcjonariusza z przekonaniem, że udzieli pomocy, a nie zaaresztuje w oczekiwaniu haraczu. Zaufanie do lekarza oznacza, że postawi diagnozę zgodnie z najlepszą wiedzą. W społeczeństwie o dużym poziomie zaufania ludzie nie obawiają się wzajemnie, tylko wiedzą, że mogą na siebie liczyć i czuć się bezpiecznie.

Wybitny brytyjski socjolog Anthony Giddens wyjaśniał w książce „Nowoczesność i tożsamość” (wyd. w Polsce 2010 r.), że „codzienne rytuały zaufania i taktu to znacznie więcej niż tylko sposoby ochrony poczucia godności własnej i innych. O ile dotyczą one samej tkanki codziennych interakcji, bo wiążą się z kontrolą gestów, postawy ciała, mimiki oraz użycia języka, o tyle dotykają najbardziej elementarnych aspektów bezpieczeństwa ontologicznego”. Ważnym sposobem na pielęgnowanie zaufania w życiu codziennym jest opisana przez antropologa Ervinga Goffmana praktyka uprzejmej nieuwagi. Gdy na ulicy spotykamy obcą osobę, nie wypada okazywać jej zbyt wielkiego zainteresowania, bo może być to odebrane jako akt agresji. Ale zimna obojętność oznaczałaby niechęć. Wystarczy jednak krótko spojrzeć w oczy, lekko się uśmiechnąć i odwrócić wzrok, by nić neutralnej, ale pozytywnej więzi między obcymi ludźmi została zasygnalizowana.

Terroryści spod znaku Al-Kaidy wiedzieli, jak 11 września 2001 r. wykorzystać logikę medialnego spektaklu, by uderzyć w rdzeń nowoczesnego społeczeństwa: włączając miliony widzów w atak na World Trade Center i Pentagon, uruchomili destrukcję zaufania. Bo, jak pisałem w książce „Zatruta studnia” z 2002 r., „w sytuacji zagrożenia terroryzmem wyobraźnię opanowuje strach przed Obcym, uprzejmą nieuwagę zastępuje podejrzliwość. Każdy może być potencjalnym agresorem, w miejsce wspólnoty wolnych ludzi powstaje anomiczna masa wrogo nastawionych do siebie indywiduów”.

Opartą na zaufaniu i solidarności regułę gościnności wobec Innych, np. uchodźców i imigrantów, zastępuje zasada zamkniętych drzwi oparta na logice „ostrożności nigdy dość”, bo choć „nie wszyscy muzułmanie są terrorystami, to większość terrorystów jest muzułmanami”. Słuszność takiej postawy mają potwierdzać kolejne makabryczne spektakle: zamachy w Madrycie, Londynie, Paryżu, Nicei, Brukseli, Berlinie, Bostonie, by tylko wspomnieć miasta Zachodu. Zagrożenie ze strony Obcego staje się kluczowym motywem neoplemiennej polityki, posługują się nim Donald Trump i Jarosław Kaczyński, Marine Le Pen i Viktor Orbàn. Czy rzeczywiście zagrożenie ze strony Obcych jest tak wielkie? Nie ma to wię...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]