POLITYKA

Czwartek, 18 września 2014

Polityka - nr 13 (2497) z dnia 2005-04-02; s. 68-70

Historia / Trudne dziedzictwo

Adam Krzemiński

Pruski mur

Ciągle mamy kłopot z Prusami. Zwłaszcza na ziemiach dawnych Prus Wschodnich, gdzie tyle jest śladów obecności naszych poprzedników – mroczne krzyżackie zamki, piękne fryderycjańskie szosy, teraz dopiero restaurowane resztki wilhelmińskiej secesji. Jak patrzeć na to dziedzictwo – nasze czy obce?

Pruska hipoteka jest w polskiej świadomości narodowej chyba bardziej obciążona niż hipoteka pozostałych zaborców. Austria budzi nawet pewien sentyment. Rosja – ze względu na powstania w XIX w., wojnę 1920 r. oraz zwycięską rewolucję Solidarności – wydaje się przeciwnikiem rozszyfrowanym na tyle, by nasz impet roku 1989 przerzucił się obecnie na Ukrainę. Natomiast formalnie nieistniejące Prusy ciążą jak zmora na naszym stosunku do Niemiec.

Prusy zostały zlikwidowane formalnie w 1947 r. Dzisiejsza Republika Federalna jest w mniejszym stopniu ich materialnym spadkobiercą niż dzisiejsza Polska, która – jeśli dobrze popatrzeć na mapę – co najmniej w jednej trzeciej znajduje się na terenach należących przed pierwszym rozbiorem z 1772 r. do Królestwa Pruskiego i stanowiących jego większą część. Można zatem powiedzieć, że – jak w 1989 r. chciał Jan Józef Lipski – jesteśmy dziś w dużej mierze depozytariuszami pruskiego dziedzictwa. Jak jednak czuć się u siebie, patrząc na „cudze” zabytki i wczytując się w „obcą” historię Warmii i Mazur, Pomorza czy Dolnego Śląska?

Przez cały okres PRL sprawa wydawała się prosta. Oficjalna historiografia szkolna głosiła, że w roku 1945 Ziemie Odzyskane powróciły do macierzy. Zostały przed wiekami utracone w wyniku podstępnego niemieckiego Drang nach Osten, który niemieccy królowie i kancerze, kupcy i osadnicy, rycerze zakonni i protestanccy intelektualiści świadomie i konsekwentnie realizowali przez wieki, aż do zniszczenia polskiej państwowości w XVIII w. i biologicznego wyniszczenia narodu polskiego w czasie II wojny światowej. Po co więc dbać o pruską spuściznę i pamiętać o ludziach, którzy ją stworzyli. Niech będą zapomniani, a ich dorobek spolonizowany, jeśli się tylko da. To znaczy sprowadzony do wątków piastowskich, nawet jeśli – jak na Pomorzu Szczecińskim – są one słabiutkie. I do upamiętniania dziesięciu wieków polsko-niemieckiego zmagania, nawet jeśli przez wieki Niemcy i Polacy byli obywatelami czy poddanymi tych samych organizmów państwowych: Rzeczypospolitej czy Królestwa Pruskiego.

Równocześnie – w odróżnieniu od Rosjan w okręgu kaliningradzkim (Królewiec) – potrafiliśmy w pewnej mierze zachować charakter architektoniczny Warmii i Mazur, choć otrzymaliśmy wschodniopruskie miasta zniszczone, często bezmyślnie, już po działaniach wojennych. Pokryliśmy je co prawda liszajem gomułkowskiej wielkiej płyty, a teraz w mazurskich wioskach pojawiają się wielopiętrowe postmodernistyczne wille-potwory, które niszczą linię historycznej architektury, tak samo jak wycinanie fryderycjańskich drzew przydrożnych stopniowo grozi upodobnieniem Mazur do jałowego Mazowsza.

Jednak dość powszechny opór społeczny przeciwko takiemu barbarzyństwu lokalnych władz dowodzi, że dawne Prusy Wschodnie stały się już wspólnym polsko-niemieckim „pejzażem pamięci”, w który wpisują się zarówno coroczne wspólne turnieje rycerskie na polach Grunwaldu, karczmy stylizowane na sienkiewiczowskie kulisy, a także polska jak i niemiecka literatura, opiewając piękno mazurskiej przyrody i kryjący się za idyllą dramat dziejów.

Młody doktorant z frankfurckiej Viadriny Rafał Żytyniec w fascynującej pracy „Prusy wschodnie jako pejzaż pamięci w literaturze polskiej i niemieckiej po roku 1945” pokazał – niestety na razie tylko po niemiecku – jak wzorzec polsko-niemieckiej konfrontacji w literaturze jest wypierany przez wzorzec kooperacji, a narodowa emfaza ustępuje zwykłej ludzkiej empatii, wczuciu się w ludzki dramat drugiej strony.

Mazurskie opowiadania Siegfrieda Lenza albo jego „Muzeum stron ojczystych” są dziś dla polskich miłośników Mazur równie ważne jak dla czytelnika niemieckiego. W powieści Marielouise Janssen-Jurreit z roku 2000 „Zbrodnia miłości w Europie środkowej” sentyment do rodzinnej przeszłości, pozostawionej w 1945 r. w oblężonym przez Polaków Kołobrzegu, zmienia się w polsko-niemiecką pokrętną i neurotyczną miłość racjonalnej Niemki do romantycznego solidarnościowca. Polski odpowiednik „Zbrodni...” – może bez wielkiej miłości, za to z bagażem życiowych doświadczeń emerytowanego dziennikarza ze Szczecina tłukącego się przez dziesięciolecia między Polską i Niemcami – czytelnik może znaleźć w wydanej w 2004 r. powieści Piotra Zielińskiego „Autostrada”.

Najpierw była polsko-niemiecka konfrontacja narodowych mitów. Najbardziej wyrazista właśnie w Prusach Wschodnich, które po I wojnie światowej żyły legendą odparcia w sierpniu 1914 r. armii rosyjskiej oraz wygranego w 1920 r. z Polską plebiscytu. Wschodniopruskość – jak pokazał Robert Traba z olsztyńskiej „Borussii” w swej starannej analizie niemiecko-narodowej ideologii przedmurza okresu międzywojennego – była lustrzanym odbiciem naszej własnej ideologii kresowej. Tyle że dla Wschodnioprusaków to Polska odgrywała tę rolę, jaką w naszej mitologii narodowej odgrywa niezorganizowana, agresywna kozaczyzna. Kult zwycięstwa plebiscytowego – które upamiętniały pomniki i mauzolea niemal w każdym miasteczku wschodniopruskim – ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]