POLITYKA

Czwartek, 27 listopada 2014

Polityka - nr 37 (2262) z dnia 2000-09-09; s. 18

Wspomnienie

Piotr Pytlakowski

Pruszków się rozbija

Czy Jarosław S., pseudonim Masa, współpracuje z policją?

W nocy z soboty na niedzielę w Warszawie doszło do kolejnej strzelaniny, śmiertelnie ranny został Michał P. Według policji to zwykłe porachunki gangsterów – podobnie jak w przypadku niedawnej wymiany strzałów na ul. Grójeckiej. Ale co mafiosi za pomocą broni tak uparcie rachują – policja nie ujawnia. Ostatnio aresztowano czołówkę tzw. grupy pruszkowskiej. Kto więc strzela, skoro liderzy siedzą?

Paweł Biedziak, rzecznik KGP, jest przekonany o sukcesie: – Rozbiliśmy Wołomin, teraz pora na Pruszków. Już jest po tym gangu.

To prawda, w areszcie siedzą Dziad z Wołomina, Parasol, Wańka i Bolo z Pruszkowa. W wewnętrznych porachunkach życie stracili m.in. Klepak, Lutek i Wariat z Wołomina oraz Kiełbasa i Pershing z Pruszkowa. Według Pawła Biedziaka w Polsce kończy się krótka epoka wielkich struktur przestępczych. Organizacje gangsterskie typu Pruszków czy Wołomin, kierowane przez ojców chrzestnych w rodzaju Dziada czy Pershinga – to już przeżytek. Polscy gangsterzy cierpią na polskie przypadłości narodowe: są zawistni, nie lubią podporządkowywać się innym, nie potrafią okiełznać osobistych ambicyjek w walce o władzę i wpływy. – Świat przestępczy będzie rozwijał się w zachodnioeuropejskim stylu – twierdzi Paweł Biedziak. – Małe, luźno ze sobą powiązane gangi. Nie przyjął się nad Wisłą mafijny model azjatycki czy włoski, czyli wielkie hierarchiczne organizacje.

Według tej teorii policji powinno być łatwiej. Potężna struktura potrafi skuteczniej bronić się przed policyjną infiltracją. Małą grupę łatwiej rozpracować. Być może tym należy tłumaczyć trwające od dwóch lat niekwestionowane sukcesy policji rozprawiającej się z kolejnymi mafijnymi liderami. Wpadają, bo są skłóceni i walczą nie tylko z tzw. uczciwym społeczeństwem i policją, ale głównie sami ze sobą.

Nie wszyscy jednak wpadają, dowodzi tego przypadek Jarosława S., ps. Masa, jednego z generałów Pruszkowa, najbliższego współpracownika zamordowanego w grudniu 1999 r. Pershinga. Masę co prawda aresztowano na początku br., ale w czerwcu wyszedł na wolność. Zarzuty brzmiały poważnie: rozbójnicze wymuszenia na wielką, sięgającą kilkuset tysięcy dolarów, skalę. Z prasowych doniesień wynika, że Masa poszedł na układ – w zamian za wolność będzie zeznawał jako świadek koronny przeciwko swoim niedawnym przyjaciołom z Pruszkowa. Tym tłumaczy się jego tajemnicze zniknięcie. Właściwie, jak piszą gazety, Masa zapadł się pod ziemię, nie ma go w domu w podwarszawskim Komorowie, wyjechał ze stolicy w niewiadomym kierunku. Dziennikarze spekulują, że być może przebywa pilnie strzeżony na terenie któregoś z wojskowych poligonów albo pod opieką policji za granicą. Organa ścigania w tej sprawie milczą, nie potwierdzają i nie zaprzeczają.

Kariera Jarosława S., ps. Masa, jest typowa dla członków grupy pruszkowskiej. Przestępcze terminowanie u osławionego Barabasza (prymitywnego bandziora z Pruszkowa), na przełomie lat 80. i 90. „praca” w organizacji założonej przez m.in. Pershinga, Kiełbasę, Wańkę, Maliznę, Dzikiego, Parasola i Słowika. Policja od początku miała świadomość, że to niebezpieczna grupa, ale przez kilka lat bandyci byli praktycznie bezkarni. – Pruszków urósł w siłę z powodu naszej bezradności – uważa jeden ze stołecznych policjantów. Funkcjonariusze zawsze mieli na temat ludzi z Pruszkowa dużą wiedzę operacyjną, ale brakowało dowodów procesowych. Już w 1990 r., po słynnej strzelaninie w motelu George, była szansa na rozbicie gangu, ale większości zarzutów nie dowiedziono podczas procesu. Policja popełniła wówczas poważny błąd, użyła tzw. prowokacji policyjnej, chociaż ówczesne prawo nie przewidywało jej stosowania. Bandyci, a wśród nich Masa, wyszli wtedy na wolność.

W 1993 r. Masę oskarżono o gwałt na młodej kobiecie, kelnerce z Komorowa. Policjanci, którzy zacierali ręce, że udało się dopaść mafijnego bossa, szybko przekonali się, jak duże wpływy ma ten człowiek. Pruszkowska prokurator prowadząca tę sprawę nie aresztowała go nawet, a zgwałcona wkrótce wycofała się z zeznań.

Do niedawna Jarosław S. uważany był za bardzo majętnego człowieka. Prowadził legalne interesy (m.in. posiadał znaną warszawską dyskotekę), bywał na ekskluzywnych przyjęciach, kontaktował się z ludźmi ze świata biznesu i polityki. Ba, udzielał gazetom wypowiedzi jako ekspert i moralista. W lutym br. na łamach telewizyjnego dodatku „Gazety Wyborczej” skrytykował pomysł pokazywania w TV transmisji z procesów sądowych. Mówił: „Pokaże się jakiegoś gówniarza, który wyrwał trzy torebki, zrobi się z niego bohatera, ktoś zechce go naśladować i dojdzie do pogłębienia patologii. To, co wy dziennikarze pokazujecie, znacznie odbiega od rzeczywistości. W Polsce nie ma mafii, jest tylko nieudolna policja. My nawet nie jesteśmy gangsterami”.

Ostatnie aresztowania liderów grupy pruszkowskiej dziennikarze wiążą ze zniknięciem Masy. Spekuluje się, że w zamian za bezkarność Jarosław S. sypie kumpli. Ale sprawa nie jest taka prosta. Wedlug naszych informacji na Masie mogą ciążyć zarzuty poważniejsze od wymuszania haraczy i wykluczające w myśl polskiego prawa jego udział w procesie jako świadka koronnego. Kilku z naszych rozmówców twierdzi, że w ostatnim czasie przynajmniej ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]