POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 48 (2582) z dnia 2006-12-02; s. 116-121

Na własne oczy

Dawid Juraszek

Przebijanie głową Muru

Zima w chińskiej prowincji Hunan jest szara i mokra. Peng Liping opuszcza lodowaty pokój i rozłożywszy nadłamany parasol rusza na wykłady. Wzdłuż zaśmieconego pobocza z rykiem pędzą ciężarówki. Kiedy dociera wreszcie pod dach szkoły, sala pęka w szwach. Pięćdziesięcioro studentów czeka na lekcję angielskiego. I wciąż dochodzą następni.

Na Politechnice Hunańskiej w Hengyangu, drugim co do wielkości mieście prowincji Hunan, nie dla wszystkich starcza ławek. Stłoczeni studenci ledwo znajdują miejsce, żeby rozłożyć zeszyty. Ma to jednak swoje plusy, nie tylko podczas klasówek. Wypaczone, nieszczelne okna po obu stronach sal w lecie zapewniają wentylację, w zimie jednak stają się zmorą. Ziąb łatwiej znieść w ścisku.

W południe rozlega się dzwonek oznaczający początek półtoragodzinnej przerwy. Tłum głodnych ludzi tworzy na schodach zatory. – Nie lubię hunańskiego jedzenia – skarży się dwudziestojednoletni Hu Mingqien, przyszły anglista, specjalność biznesowa. – Kiedy idę do restauracji coś zjeść, proszę, żeby nie dodawano mi papryki chili. Podobnie jak większość kolegów nie jada w uczelnianej stołówce. Niesmaczne, zimne potrawy zmuszają wielu studentów do stołowania się poza terenem kampusu w tanich jadłodajniach, gdzie za 2–3 juany (ok. 1 zł) można dostać miskę ryżu z dodatkami. Zamożniejsi każą sobie usmażyć rybę, oszczędni kupują za pół juana smażony w głębokim oleju placek ze słodkich ziemniaków. Kiedy trzeba zapłacić za egzamin (od kilkudziesięciu do kilkuset juanów), wystarczyć musi jeden posiłek dziennie.

Pieniędzmi trzeba gospodarować ostrożnie, bo wynajem mieszkania poza kampusem kosztuje. Władze szkoły oficjalnie tępią ten proceder. Ośmioosobowe pokoje w akademiku są niby obowiązkowe, ale wielu studentów wybiera przestronniejsze i czystsze lokale na mieście. W okolicy jest ich zresztą bez liku. Mieszkańcy wiedzą, jak skorzystać na obecności tysięcy młodych ludzi. Wokół kampusów powstają dzielnice handlowe. Wzdłuż ulic prowadzących do bram uczelni pojawiają się stragany z owocami, w odrapanych, pokracznych budynkach powstają jadłodajnie, salony fryzjerskie, sklepy, a przede wszystkim kawiarenki internetowe.

Zajęcia trwają od poniedziałku do niedzieli, od ósmej rano nawet do dwudziestej wieczorem, z południową przerwą na obiad. Takie obciążenie niewielu potrafi znieść. Yuan Yu z księgowości zagranicznej otwarcie wyraża rozczarowanie. Nie tak miały wyglądać złote lata w dużym mieście wśród rówieśników: – W liceum wydawało mi się, że studenckie życie to z jednej strony wspaniała przygoda, a z drugiej pożyteczna praca. Tymczasem od rana do wieczora uczę się rzeczy, które nie będą mi potrzebne. W wolnym czasie nie mam żadnych rozrywek. Czuję, że marnuję najlepsze lata.

Rubryka: pochodzenie

Szkolnictwo wyższe w Państwie Środka przeżywa boom. W 1992 r. na 100 tys. mieszkańców przypadało 313 studentów; 10 lat później już 1146 (dane Ministerstwa Edukacji). Nie przeszkadza temu fakt, że edukacja w Chińskiej Republice Ludowej jest odpłatna. Koszty związane z wysłaniem potomka do miasta na nauki stały się normalną pozycją w rodzinnych budżetach.

W kilkudziesięcioosobowych klasach zawsze znajdzie się co najmniej kilka osób z odległych rejonów Chin. Przybywają z południowych prowincji Guangxi i Guizhou, z Syczuanu i Xinjiangu na zachodzie, ze wschodnich Jiangxi i Fujianu, Hebei i Mongolii Wewnętrznej na północy, czy z serca Chin, prowincji Hubei. Większość z nich przyszła na świat w rodzinach chłopskich i dorastała w wioskach i miasteczkach. Dopiero reformy ostatnich lat dały im szansę na zmianę stylu życia. Mówią różnymi dialektami, lubią odmienną kuchnię, ale ubierają się modnie, po miejsku i słuchają tych samych przebojów.

Dwudziestoletnia Bai Xue przyjechała studiować księgowość zagraniczną z wioski w prowincji Xinjiang, olbrzymim ujgurskim okręgu autonomicznym, sąsiadującym z Kazachstanem i Pakistanem. Wyjazd do odległego o trzy dni jazdy pociągiem Hengyangu wynikał nie tyle z renomy tutejszej uczelni, co z chińskiego systemu szkoły pierwszego wyboru. Uczniowie liceum wypełniają specjalny formularz, określając, gdzie i na jakim kierunku chcieliby studiować. Jeżeli ich wyniki końcowe nie spełniają wymogów wybranej uczelni, przesuwani są do szkoły na kolejnej pozycji tak długo, aż spełnią kryteria którejś z nich. Dostępność miejsc decyduje o losach tych, którzy wypełniając formularz nie przewidzieli dobrze swoich wyników.

Hu Mingqien tak właśnie się przeliczył. Chciał studiować anglistykę. Ojciec, handlarz herbatą, wsparł go w tym postanowieniu. Kiedy Hu nie dostał się na renomowaną uczelnię w rodzinnym Fujianie, uprzedził odgórny przydział i wybrał Hengyang, zafascynowany prowincją, z której pochodził przewodniczący Mao Zedong. Dziś kłóci się z Zhang Weiwei, czy było warto.

Zhang Weiwei nie ma złudzeń. Trafiła tu z rozdzielnika. Przy zapisie okazało się, że miejsc na jej wymarzonej matematyce już nie ma. Bez przekonania zdecydowała się na anglistykę. Dziś złości się na warunki w szkole i bezbarwne miasto, ale czasu spędzonego na uczelni mimo wszystko nie żałuje.

Siostra Huang Linyuan jest anglistką, matka nauczycielką ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]