POLITYKA

Czwartek, 17 sierpnia 2017

Polityka - nr 8 (10) z dnia 2017-08-09; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 26. Jak nie oszaleć w szalonym świecie; s. 34-37

Ja. Sami ze sobą

Grzegorz Gustaw

Przegrasz czy wygrasz – wracaj do domu

Jak sobie poradzić z porażką, ale też sukcesem

Pisarka Elizabeth Gilbert z rozbawieniem wspomina sytuację, która wydarzyła się na lotnisku JFK. Podeszły do niej dwie kobiety: „Złotko, muszę cię o coś spytać – zagaiła jedna. – Masz coś wspólnego z tym głośnym ostatnio »Jedz, módl się, kochaj«?”. Gdy potwierdziła, ta walnęła koleżankę w ramię i z tryumfem rzekła: „Widzisz, mówiłam ci, to ta dziewczyna, co napisała tę książkę opartą na tym filmie”.

„Jedz, módl się, kochaj” stanowiło dla pisarki przełom, który postawił ją zarazem w niezwykle trudnej sytuacji: „Jak, na Boga, znowu napiszę książkę, która komukolwiek się spodoba?”. Wiedziała, że „wszyscy zachwyceni »Jedz, módl się, kochaj« będą niezwykle rozczarowani cokolwiek bym napisała, bo nie będzie to »Jedz, módl się, kochaj«. A ci, którzy znienawidzili tę książkę, będą rozczarowani wszystkim, co napiszę później, bo będzie to dowód, że wciąż żyję”. Wiedziała, że „nie wygra”, a to sprawiło – jak wyznała podczas konferencji w 2014 r. w Vancouver – że przez chwilę na poważnie myślała o wyjeździe na wieś, by hodować psy.

W cieniu kelnerki

Elizabeth Gilbert przez całe życie pragnęła być pisarką. Pisała już jako dziecko. Gdy była nastolatką, wysyłała historyjki do „New Yorkera” w nadziei, że ktoś ją odkryje. Jej opowieści były jednak zbyt kiepskie. Po college’u została kelnerką i prozatorskiej pasji oddawała się po pracy. Usilnie starała się coś opublikować, lecz wciąż jej się to nie udawało. Wydawnictwa odmawiały jej przez prawie sześć lat. Była załamana każdą ze swoich literackich porażek i zastanawiała się, czy nie powinna odpuścić, poddać się i oszczędzić sobie bólu kolejnych rozczarowań.

20 lat później, po wielkim rynkowym sukcesie powieści „Jedz, módl się, kochaj” oraz filmu o tym samym tytule, ku swojemu zaskoczeniu, znowu utożsamiała się z młodą kelnerką, której książek nikt nie chciał wydać. Stale o niej myślała. Było to dla niej szokujące i wydawało jej się irracjonalne, bo przecież ich życie było całkiem odmienne. Tamta wciąż przegrywała, a ta osiągnęła nieoczekiwany sukces. Nic już ich nie łączyło, czemu więc czuła się dokładnie tak jak ona?

Powoli dotarła do niej dziwna psychologiczna zależność między doświadczaniem wielkiej porażki i wielkiego sukcesu. Tłumaczy ją następująco: „Przez większą część życia jesteście w środku łańcucha ludzkich doświadczeń, gdzie wszystko jest normalne i pełne otuchy, ale porażka gwałtownie wrzuca was w oślepiający mrok rozczarowania. Sukces wyrzuca was równie gwałtownie i równie daleko, aż tu, w oślepiający blask sławy, uznania i pochwał”. Okazuje się, że oba jakże przeciwstawne stany mogą wywoływać analogiczny, dotkliwy dyskomfort.

W cieniu noblistki

Żyjemy w czasach, w których panuje kult sukcesu. Na każdym kroku ocieramy się o wizerunki przystojnych modeli, pięknych modelek, ludzi sukcesu, którym udaje się wszystko – w każdej sferze życia. Dr Ewa Grzeszczyk, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego, w opublikowanej w 2003 r. książce „Sukces: amerykańskie wzory – polskie realia” przywołuje przepełnioną goryczą wypowiedź anonimowej badanej: „Typ kobiety sukcesu lansowany w pismach kobiecych: lat 23–25, wysoka, zgrabna, ładna, zna dwa języki, pracuje w jakiejś tam firmie zagranicznej, skończyła jeden fakultet, zaocznie robi drugi, ma chłopaka albo męża i ma hobby, nie wiem, jazdę konną, wspinaczkę górską, no i w ogóle jest »the best«. Wszędzie. Noblistka. Superinteligentna, sama robi majonez, sama wyszywa, sama haftuje, sama zaprowadza dziecko do przedszkola, mężowi gotuje trzydaniowe obiady. Miała wspaniałych rodziców, wspaniałe dzieciństwo, w ogóle ideał chodzący”.

Przytoczona wyżej wypowiedź może sprawiać wrażenie przerysowanej. Faktem pozostaje jednak, że porażka stała się tematem tabu. Ludzie boją się otwarcie do niej przyznawać. Na internetowym forum prezentują swoje wygładzone, nieskazitelne wizerunki, a w samotności wypłakują się do poduszki. Badacze wspominają o fenomenie społeczeństwa osiągnięć, w którym należy nieustannie bić rekordy i być najlepszym – we wszystkim.

Porażka ma dziś kiepską prasę. Wiąże się z odczuwaniem nieprzyjemnych emocji, stresem, narażeniem na szwank reputacji, widmem samotności. Lęk przed nią szczególnie doskwiera perfekcjonistom, a tych obecnie nie brakuje. Wszak wielu współczesnych młodych dorosłych wychowywano na supermenów. Gdy tylko w szkole osiągali wyniki gorsze od doskonałych, spotykali się z dezaprobatą ze strony rodziców, którzy ekspresję miłości do dzieci uzależniali od ich osiągnięć. W konsekwencji wyrastały one na perfekcjonistów, których poczucie wartości uzależnione jest od opinii otoczenia, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Przepłynąć od toksycznego do słodkiego sukcesu

Nigdy w życiu nie czułem się bardziej nieszczęśliwy niż wówczas, gdy w końcu osiągnąłem sukces, na który pracowałem całe życie” – stwierdził Matthew Nicholas Biondi, drugi w historii pływak, który podczas jednych igrzysk olimpijskich zdobył siedem medali. W sumie podczas trzech olimpiad wywalczył jedenaście krążków, a w mistrzostwach i olimpiadach łącznie aż osiem złotych. Mierzący ponad 2 m chłopak, który z uśmiechem stawał na słupku, aby wskakiwać do wody i osiągać sukces za sukcesem, po latach wyznał, jak bardzo było dla niego trudne „udawać niezwyciężonego i wyższego niż to, co go spotkało”. „Za każdym razem, gdy zawieszano mi na szyi kolejny medal olimpijski, przez głowę przebiegała mi dziwna myśl – że sukces, o którym marzyłem przez całe życie, jest w istocie iluzją” – przyznał.

Życie bohatera olimpijskiego stało się trudniejsze, niż tego się spodziewał. Był przekonany, że sukces uodporni go na codzienne stresy, da mu prestiż i uprzywilejowane życie. Tymczasem stał się jego niewolnikiem. Dopiero dzięki swojej żonie Krisen – również uzdolnionej pływaczce – wyzwolił się z życia ukierunkowanego na toksyczny sukces. Wiecznie nienasycony, wciąż pragnący osiągnąć więcej, niepotrafiący cieszyć się ze swoich osiągnięć, nauczył się wreszcie czerpać radość z prowadzenia normalnego życia „tu i teraz” i cieszenia się ze „słodkiego sukcesu” – pełnego i radosnego zaangażowania w działania, które sprawiają odczuwanie spokoju, zadowolenia i łączności z otoczeniem.

Termin „słodkiego sukcesu” ukuł Paul Pearsall, zmarły w 2007 r. doktor psychologii klinicznej i edukacyjnej, który poświęcił swoje życie krzewieniu idei work-life balance. Ubolewał nad faktem, że wielu ludzi sukcesu jest tak zaabsorbowanych dążeniem do celu, że nie dostrzegają piękna aktualnie przeżywanej chwili. Nie widział niczego złego w stawianiu sobie ambitnych celów, ciężkiej pracy na rzecz ich osiągnięcia i starania się ze wszelkich sił, o ile towarzyszy im poświęcanie uwagi na sprawy, które podpowiada serce – życia i miłości w chwili obecnej zamiast nieustannego dążenia do iluzji lepszych chwil w przyszłości.