Czwartek, 17 maja 2012
Claude Lévi-Strauss pouczał zawsze swoich studentów: „Jeżeli nawet jesteś absolutnie przekonany, że Lizbona jest stolicą Portugalii, to jednak na wszelki wypadek sprawdź to jeszcze w encyklopedii”. I rzeczywiście – są prace Lévi-Straussa niesłychanie pedantycznie udokumentowane. Kiedy pisał książkę o wyobrażeniach mitycznych związanych z lelkiem, to nie dość, że wynotował kilkanaście ornitologicznych buchów (choć miało to zupełnie uboczne znaczenie dla przewodu), ale dodatkowo, wiedząc o mojej ptasiej manii, zwrócił się do mnie z pytaniami dotyczącymi występowania zwierzęcia w Polsce. Wykorzystał z tego może jedno zdanie, ale oczywiście zamieścił w dziele oficjalne podziękowanie.
Przeciwieństwem francuskiego strukturalisty był nasz Jan Stanisław Bystroń. Anegdota uniwersytecka zaręcza, że podczas wykładu tak oto niefrasobliwie przytaczał wieszcza: „Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na wały – I spojrzałem na pole, gdzie armaty grzmiały...” Jest w tym zresztą pewna logika, gdyż wleźć na działo jest bardzo trudno, a wstąpić zgoła się nie da, więc rozsądniej jest obserwować pole bitwy z wału. Tym niemniej Mickiewicz w grobie się przewracał.
Wierzę święcie w tę opowiastkę, gdyż redagowałem ongiś wybór pism Bystronia. Jest on jednym z moich ulubionych etnologów, więc już z tego choćby powodu pracowałem sumiennie i tak starannie, że Lévi-Strauss byłby zadowolony. Oszaleć było można. Okazało się bowiem, że nie tylko „Redutę Ordona” cytował mistrz z pamięci. Ale pies wąchał cytaty – te zawsze jakoś można odnaleźć; dotyczyło to jednak również przypisów. Jeżeli znajdowało się na przykład odwołanie: Detiuk, Ramoty o Wołyniu, Wilno 1871, t. III, s. 101; to chodziło o książkę A. Andrzejewskiego „Ramoty Starego Detiuka o Wołyniu”, wydaną w 1861 w dwóch tomach; o stronach już nie wspominam, ale za to Wilno się zgadzało. I tak w koło Macieju.
Postanowiłem już znienawidzić Bystronia, kiedy przyszło na mnie nihilistyczne olśnienie. Toż merytorycznie, intelektualnie czy literacko prace Jana Stanisława nic na tych nieścisłościach nie traciły. Po prostu rozpędzony w tworzeniu naukowej konstrukcji nie miał czasu na drobiazgi, a skoro środowisko wymaga tych tam danych, to niech je ma – nie będę tracił godzin na szukanie, gdzie dokładnie przeczytałem to czy tamto przed laty. Ważne, żeby nie wypaczać sensu... I wtedy zakiełkowała mi w głowie myśl już nie nihilistyczna, ale wręcz bluźniercza: a może to też jest jakiś sposób uprawiania humanistyki.
Profesor Jerzy Dowiat mawiał złośliwie, że historycy dzielą się na inteligentnych i pracowitych. Inteligentni zajmują się wiekami średnimi (im wcześniej, tym lepiej), bo tam jest mało źródeł, a dużo miejsca na budowanie hipotez i domysły. Pracowici poświęcają się dziejom nowożytnym, w których źródeł jest tyle, że każde zdanie oprzeć trzeba na kilkudziesięciu lekturach i przeżywać udrękę nieustannego weryfikowania niezliczonych sprzecznych informacji. Nie muszę chyba dodawać, że był Jerzy Dowiat mediewistą i jak pisze Marek Barański „jego koncepcje nie zawsze akceptowane były przez innych historyków, wywoływały często żywe dyskusje naukowe”. Cóż może jednak być bardziej ożywczego w nauce niż sprowokowanie konfrontacji poglądów?
Tak oto znalazłem się na niebezpiecznym rozdrożu: dwóch moich mistrzów (a doliczyłbym jeszcze Rolanda Barthesa nieco bliższego Lévi-Straussowi i Carlosa Castanede przelicytowującego Bystronia) zostawia dwa całkowicie przeciwstawne przesłania.
Z natury mam raczej pociąg do pedantyzmu. Jeszcze mniej więcej dziesięć lat temu przyssałem się na przykład natrętnie do Zygmunta Kałużyńskiego, że podał fałszywą długość ulicy Kardynała Lemoine w Paryżu, a samego purpurata przemieścił o dwa wieki. Był to z mojej strony – biję się w piersi – całkowity idiotyzm, gdyż Kałużyński nie pisał ani o układzie urbanistycznym stolicy Francji, ani o dziejach francuskiego katolicyzmu na przełomie trzynastego i czternastego wieku. Co mnie więc ubodło, żeby wykłócać się o dwieście metrów asfaltu mniej czy więcej. Potem brałem się za czuby z pewnym młodym antropologiem paryskim, który w biogramie do słownika naukowców odmłodził mnie o pięć lat. Żeby tu jeszcze postarzył, ale on odmłodził! Rzecz z mojej strony tym bardziej nieprzyzwoita, że miesiąc wcześniej w jakimś artykule sam odmłodziłem o dziesięć lat Waleriana Borowczyka...
Ale czemu o tym wszystkim piszę. Bo oto po moim felietonie „Dwie księgarnie” (POLITYKA 9) w Internecie rozpętała się burza. Chodziło o zdanie, że żal mi księgarni Neusteina i Romanowicza „tej w Palestynie i tej na paryskiej wyspie”. Czytelnicy zjadliwie zarzucali mi, że widać sprzedałem ...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]