POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 19 (3109) z dnia 2017-05-10; s. 36-37

Społeczeństwo

Violetta Krasnowska

Przerwany szlak

Wiosną kanały przemytu ludzi przez Polskę do zachodniej Europy zwykle się zaludniają. Jeden z nich, zwany nadbałtyckim, właśnie przestał istnieć, inne są rozpracowywane.

Szlaki przemytu ludzi, wiodące przez Polskę, są trzy. Każdy o innym charakterze i dla innej klienteli.

Południowy, zwany „bałkańskim”, wiedzie z Syrii przez Irak, Turcję, Grecję, Macedonię, Serbię, Chorwację, Węgry, Austrię, potem przez Słowację i Czechy do Polski – i dalej do Niemiec, Szwecji lub Finlandii. Tym szlakiem nielegalni migranci, głównie z Bliskiego Wschodu, wjeżdżają do Polski w naczepach tirów, mknących autostradami dalej na Zachód. Dla organizatorów przemytu tą drogą, mieszkających legalnie w Niemczech czy Austrii, jak i dla pracujących dla nich kierowców tirów, Polska to tylko kraj tranzytowy. Straż Graniczna nawet nie próbuje szacować skali ani stopnia wykorzystywania tego szlaku, bo nie da się zatrzymywać i kontrolować wszystkich wjeżdżających z południa ciężarówek, których są tysiące dziennie. Wpadki zdarzają się w zasadzie tylko przypadkiem, jak ostatnio w lutym, gdy na parkingu przy autostradzie A4 w Opolskiem, niedaleko Niemodlina, funkcjonariusze Straży Granicznej w ramach rutynowej kontroli otworzyli naczepę tira na tureckich tablicach i odkryli w środku 13 nielegalnych imigrantów – Syryjczyków, Irakijczyków i Turków, w tym dwoje dzieci w wieku 4 i 5 lat. Według dokumentów przewozowych tir wiózł części samochodowe do Szwecji. W środku, między paletami, były prowizoryczne posłania, koce i śpiwory.

Moskiewska centrala

Druga trasa przerzutowa to Rosja, Ukraina, Białoruś, Polska i dalej zachodnia Europa. W marcu tego roku zatrzymano nową grupę polsko-czeczeńską, która organizowała tą drogą przerzut ludzi, głównie z Zakaukazia, na Zachód. Patent był prosty – na granicy polskiej ludzie występowali o status uchodźcy, ale zamiast udać się do ośrodka, wsiadali do podstawionych przez organizatorów przerzutu aut czy taksówek i tak docierali prosto do Niemiec, Austrii, Francji, Belgii, Holandii czy Wielkiej Brytanii.

Trzecim szlakiem jest właśnie nadbałtycki, prowadzący z Rosji przez lasy Litwy lub Łotwy, które mają granice strefy Schengen, do Polski – z przystankiem w Warszawie. Wykorzystywany jest głównie do przerzutu na Zachód Wietnamczyków, którzy bez problemu dostają się do Rosji z uwagi na ułatwienia wizowe. Nielegalni imigranci są przewożeni pod granicę z Litwą bądź Łotwą i w kilku-, kilkunastoosobowych grupach, prowadzeni są przez przewodników przez dobrze strzeżoną zieloną granicę Rosji z Litwą, i dalej, lasami, w kierunku granicy Polski. Blisko polskiej granicy odbierają ich auta z polskimi kierowcami i zabierają do Warszawy – po kilka osób, żeby nie rzucać się w oczy. Przez lata na tym szlaku wpadali co najwyżej kierowcy wiozący imigrantów.

– Jeżeli sprawa nie ma szerszego kontekstu, mamy kierowcę, który wiezie pięciu Wietnamczyków, na tym sprawa się zwykle kończy, nie ma żadnego postępowania karnego – przyznaje funkcjonariusz operacyjny Straży Granicznej.

Samo organizowanie przemytu w Kodeksie karnym obwarowane jest warunkami: „używając przemocy, groźby, podstępu lub we współdziałaniu z innymi osobami”. A gdzie tu groźba, przemoc, podstęp? Kierowca powie, że dostał telefoniczne zlecenie, odebrał ludzi z punktu A, wiezie do punktu B, i tyle. „Współdziałanie z innymi osobami” wymaga zmowy osób co najmniej trzech. Jak takiemu kierowcy złapanemu na drodze z nielegalnymi imigrantami udowodnić, że brał udział w procederze organizowania przemytu? – pyta retorycznie funkcjonariusz operacyjny. Dotarcie do organizatorów szlaku wymagało dwóch lat pracy operacyjnej i funkcjonariuszy działających pod przykryciem, którzy przedostali się do hermetycznej grupy, tworzonej głównie przez Czeczenów. W rozpracowywanie grupy zaangażowane były też Służby Ochrony Granicy Państwowej przy MSW Litwy i Zarząd Operacyjny Głównego Zarządu Straży Granicznej Łotwy.

Polskim odcinkiem przerzutu zarządzała garstka Czeczenów mieszkających od lat w Warszawie. To dzieci uchodźców z czasów wojny rosyjsko-czeczeńskiej w latach 90. Wszyscy wykształceni, roczniki 80., bez stałych dochodów, jak podawali potem do protokołów – utrzymujący się z prac dorywczych, zero majątku, mieszkania wynajmowane, związani ze środowiskiem sportów walki, MMA. Według śledczych szefem był 32-letni Umar T., trener sportów walki. Latem ubiegłego roku podczas kontroli drogowej okazało się, że jest poszukiwany przez Litwę za organizowanie przemytu, został im wydany, obecnie przebywa tam w areszcie.

– Wpadł Umar, ale reszta działa. Struktura grupy jest tak zorganizowana, żeby w razie wpadki miał kto tę przestrzeń wypełnić. Bo grupa musi działać dalej, gdyż zapotrzebowanie na przerzuty i pieniądze ciągle płyną – zwraca uwagę prokurator Maciej Forkiewicz, szef lubelskiego wydziału przestępczości zorganizowanej Prokuratury Krajowej. – To duża, silna grupa z wieloma mocnymi ośrodkami, wszędzie, gdzie są skupiska czeczeńskie, bardzo mobilna, przemieszczająca się po całej Europie. Stery przejął najbliższy współpracownik w grupie – 30-letni Daut T., student na ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]