Czwartek, 17 maja 2012
Prokuratura i Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego badają przepływy kapitałowe w spółce Lwa Rywina Heritage Films i stan jej kont, a także wspólne przedsięwzięcia Heritage z Canal+ i TVP. Szukają dowodów na pranie pieniędzy. Panuje przeświadczenie, że takich dowodów raczej nie znajdą, bo w przemyśle filmowym obowiązuje filmowa magia.
Wanda Rapaczyńska, prezes Agory, przed sejmową komisją śledczą: „Pan Rywin (...) szczegółowo ze mną rozmawiał o metodach przekazywania gotówki, mówiąc, że nie życzy sobie, żeby tę gotówkę przekazywać w walizce (...) i tłumaczył mi (...), że to się robi taką umowę niby na usługi konsultingowe i że na podstawie takiej umowy, że to się prześle do firmy i że on oferuje usługi swojej firmy”. Adam Michnik przed komisją nazwał firmę Rywina „pralnią pieniędzy”.
Lew Rywin założył Heritage Films, spółkę produkującą filmy, w 1991 r. Początkowy kapitał wynosił 10 tys. st. zł, dzisiaj to 100 tys. zł. Rywin ma 90 proc. udziałów, pozostałe 10 proc. należy do jego syna Marcina. Dokumentację finansową spółki „zaaresztowała” ostatnio Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego na zlecenie prokuratury.
Rywin, o którym mówiono, że wygląda jak milion dolarów, przez lata swoich sukcesów wyznaczał ludziom z branży filmowej standardy działania. A ciążące na nim podejrzenia wskazują, że nie były to reguły czyste.
– Kto udowodni, ile podczas realizacji filmu zużyto taśmy filmowej, ile nakręcono dubli, ile tak naprawdę kosztowały dekoracje i kostiumy, ile dniówek wypracowali statyści? – pyta zastrzegający anonimowość przedstawiciel branży filmowej. Większość naszych rozmówców godzi się na rozmowę pod warunkiem pełnej dyskrecji. Powód? – Łatwo ujawnić smród, ale kto potem da człowiekowi zarobić choć złotówkę? – wyjaśnia jeden z producentów.
W znalezienie dowodów przez ABW i prokuraturę nie wierzy także poseł Zbigniew Ziobro (PiS), członek komisji śledczej, ale z innych niż ludzie z branży powodów. –ABW jest w dwuznacznej sytuacji, skoro jej szef Andrzej Barcikowski jeszcze niedawno pracował w firmie Muza, której udziałowcem jest Włodzimierz Czarzasty, przyjaciel Roberta Kwiatkowskiego i człowiek wymieniany wśród tych, którzy mieli wysłać Rywina do Agory – mówi. – A prokuratura od początku tej sprawy popełnia błędy wynikające, mam nadzieję, jedynie z niekompetencji.
Cecha niezbędna – spryt
Polska producencka branża filmowa i telewizyjna składa się z kilkuset firm (liczba jest płynna, jedne padają, inne powstają), ale tak naprawdę liczy się kilkanaście. Heritage Films od lat już zajęła pozycję na samym topie. Przełomowy dla spółki był rok 1993 i współpraca z samym Stevenem Spielbergiem przy filmie „Lista Schindlera”. Od tego czasu Lew Rywin współpracował przy produkcji ponad 80 filmów, m.in. „Król Olch” Volkera Schlöndorffa, „Bandyta” Macieja Dejczera, „Wielki Tydzień” i „Pan Tadeusz” Andrzeja Wajdy, „Tato”, „Sara” i serial „13 posterunek” Macieja Ślesickiego. Heritage świadczyła też usługi produkcyjne podczas realizacji „Jakuba kłamcy” w reżyserii Petera Kassovitza. Żaden inny polski producent filmowy nie ma tak bogatego portfolio.
Przy dwunastu filmach z listy Rywina współproducentem była telewizja publiczna (koprodukcja Heritage, Canal+ i TVP). Udział TVP wynosił od niecałych 2 proc. („Pianista”) do ponad 36 proc. („Tato”). Wiele innych produkcji Rywina TVP wspomagała finansowo. Na „Pana Tadeusza” publiczna telewizja przeznaczyła 1,2 mln zł, a na „Złoto dezerterów” – 2 mln, nawet, co ciekawe, sumą 100 tys. zł wspomożono produkcję „Listy Schindlera”, chociaż Spielberg nie narzekał na brak sponsorów. Współpraca do dzisiaj układała się nadzwyczajnie, inni polscy producenci przyglądali się komitywie Rywina z TVP zazdrośnie. Najwięcej wspólnych przedsięwzięć Heritage i TVP zrealizowano już za prezesury Roberta Kwiatkowskiego, czyli od 1998 r.
Właśnie od 1998 r. firma Heritage Films zaczęła osiągać bardzo przyzwoite wyniki finansowe. O ile poprzednie lata falowały – raz strata, raz zysk (np. w 1995 r. strata 1,8 mln zł, a w 1996 r. zysk 1 mln zł), przy czym straty przeważały, to w 1998 r. firma zarobiła na czysto 151 tys. zł, w 1999 r. – 3,2 mln, a w 2001 r. – 2 mln zł. Bez wątpienia owa hossa była efektem nie tylko udanej współpracy z TVP, ale też wynikała z faktu, że w latach 1997– 2000 Lew Rywin piastował funkcję prezesa polskiego Canal+. Telewizja kodowana, którą zarządzał, zamawiała produkcję filmów w Heritage Films, którą kierował. Na 35 filmów finansowanych w tym okresie przez Canal+ prawie połowę wyprodukowała Heritage.
Jeden z współpracowników Rywina nie ukrywa podziwu: – Lew to wyjątkowo sprytny człowiek. A w tej branży to cecha niezbędna, bo produkcja filmów to nieustanna walka o pieniądze.
Ale spryt często przybiera formę tupetu. Za taką fasadą można przemycać prywatę, co niektó...
[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]