POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 12-14

Temat tygodnia

Tomasz Zalewski

Przetrzymać Trumpa

Nowy prezydent USA testuje najpotężniejszy na świecie system zabezpieczeń przed politycznymi szaleńcami.

Żaden z ataków terrorystycznych w USA nie został przeprowadzony przez obywateli wspomnianych krajów muzułmańskich – tak w piątek uznał James Robart, sędzia federalny z Seattle. I zablokował prezydencki dekret o zakazie wjazdu do Ameryki dla obywateli siedmiu w większości muzułmańskich krajów, który Donald Trump z werwą podpisał dzień po zaprzysiężeniu. Sędzia Robart – mianowany na to stanowisko przez George’a W. Busha! – upomniał prezydenta, że jego rozporządzenia „muszą się opierać na faktach, a nie na fikcji”.

Biały Dom nazwał orzeczenie Robarta „oburzającym”. Trump w swoim tweecie napisał, że „opinia tak zwanego (sic!) sędziego jest śmieszna i będzie unieważniona”. Jednak już następnego dnia administracja spuściła z tonu. Minister bezpieczeństwa kraju, mianowany przez Trumpa emerytowany generał John F. Kelly, zawiesił realizację rozporządzeń zakazujących wjazdu uchodźcom. Jednocześnie Departament Stanu ogłosił, że cofa decyzję unieważniającą prawie 60 tys. wiz, na podstawie których obcokrajowcy z Bliskiego Wschodu wybierali się do USA. Ekipa Trumpa zrobiła zatem krok do tyłu, zresztą już nie pierwszy.

Pod wpływem coraz liczniejszych pozwów sądowych kilka sądów federalnych i prokuratur stanowych już wcześniej wstrzymało wykonanie rozporządzenia antyuchodźczego w odniesieniu do poszczególnych osób, zezwalając np. na wjazd do USA posiadaczom kart stałego pobytu, których dekret, z oczywistym naruszeniem prawa, też nakazywał nie wpuszczać. Czy to więc oznacza, że Ameryka obroni się przed Trumpem?

Stany Zjednoczone wraz z zaprzysiężeniem swojego 45. prezydenta rozpoczęły ekstremalny eksperyment, na którego wyniki czeka zapewne cały Zachód. Oto najpotężniejsza demokracja liberalna wybrała sobie na lidera autokratę, który chce „wywrócić system”. Zasadnicze pytanie brzmi więc, czy system wytrzyma Trumpa i jak skutecznie będzie się w stanie przed nim obronić?

Ojcowie założyciele Ameryki nie mieli zbyt wysokiego mniemania o ludziach, dlatego wymyślili system, który zawiera szereg hamulców skonstruowanych właśnie z myślą o poskromieniu osobników pokroju Trumpa – żeby jeden człowiek nie zniszczył tego, co budowały całe pokolenia. Jest więc w Ameryce – jak nigdzie na świecie – wyraźnie zaznaczony trójpodział władzy, działają wolne media oraz prężne i niezależne społeczeństwo obywatelskie – wszystko to składa się prawdopodobnie na najpotężniejszy na świecie system zabezpieczeń przez politycznymi szaleńcami. I właśnie dlatego rezultaty tego amerykańskiego eksperymentu są tak ważne dla przyszłości Zachodu – jeśli tam się nie uda, to nie uda się nigdzie.

1

Tę prezydenturę otworzyła seria dekretów (ściślej: rozporządzeń wykonawczych), które podważają rozdział władzy wykonawczej (prezydenta) i ustawodawczej (Kongresu). W swoim zamyśle mają one otoczyć Amerykę murami – dosłownym, na południowej granicy z Meksykiem, i administracyjnymi – w postaci wspomnianych tymczasowych zakazów wjazdu do USA dla obywateli określonych krajów. Uzasadnienie? Powstrzymanie nielegalnej imigracji i uchronienie Amerykanów przed islamskim terroryzmem.

Dekrety podobają się wyborcom Trumpa, popiera je ponad 40 proc. populacji, ale nie poprawią bezpieczeństwa kraju ani na jotę. Jak już zauważył sędzia Robart, żaden z 19 terrorystów, którzy zaatakowali Nowy Jork i Waszyngton 11 września 2001 r., nie pochodził z siedmiu krajów, których obywatelom zabroniono wstępu do USA. Nie pochodzą z nich także sprawcy kolejnych zamachów na skromniejszą skalę, których było zresztą dużo mniej niż w tym samym czasie w Europie, co świadczy o skuteczności kontroli imigrantów. Dekrety miały demonstrować stanowczość Trumpa, ale przygotowane naprędce, bez konsultacji z zainteresowanymi resortami i prawnikami, okazały się pokazem partactwa i łatwym celem ataków w sądach.

W polityce zagranicznej zaczęło się od ostrzeżeń Chin, że nowy przywódca supermocarstwa może uznać niepodległość Tajwanu i powiązać tę sprawę z ekonomicznymi konfliktami z Pekinem. Potem nastąpiły pogróżki pod adresem Iranu, że jego testy rakietowe spotkają się z bliżej nieokreślonymi retorsjami. Rywale i wrogowie Ameryki mają się w każdym razie jej bać. Ale Trump wojuje także z jej przyjaciółmi.

Meksyk, który współpracuje z Waszyngtonem w walce z przemytem narkotyków, a jego prezydent desperacko stara się Donalda ugłaskać, spotkał się z groźbą wprowadzenia wojsk amerykańskich, aby utemperować bad hombres. Niemcy oskarżono o manipulację walutą, co ma tłumaczyć deficyt w wymianie z tym krajem. A w rozmowie telefonicznej z premierem Australii – wiernym sojusznikiem USA – Trump zarzucił mu, że chce wyeksportować do Ameryki terrorystów, gdyż domaga się wypełnienia zawartej przez Obamę umowy o przesiedleniu uchodźców.

Po trzech tygodniach rządów Donalda Trumpa jedno wiadomo już na pewno: prezydent nie żartował. Naprawdę zamierza zrealizować wszystkie swoje plany ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]