POLITYKA

Poniedziałek, 1 września 2014

Polityka - nr 31 (2204) z dnia 1999-07-31; s. 17

Wydarzenia

Maja Wolny

Przygryzanie języka

Sejm uchwalił ustawę o języku polskim. O tym akcie - mającym w wielu miejscach charakter kodeksu etycznego - wielu posłów wypowiadało się jak o tekście kabaretowym. Śmiechom i żartom nie było końca.

Pierwszy projekt ochrony polszczyzny narodził się w krakowskim środowisku językoznawczym - jego głównym inicjatorem był prof. Walery Pisarek. Chodziło o uregulowanie zasad posługiwania się językiem polskim, a także ochronę polszczyzny przed wulgaryzacją i wpływami obcymi. Założenia tego projektu były omawiane w 1995 r. we Wrocławiu, w trakcie I Forum Kultury Słowa. Pierwotną - przygotowaną przez językoznawców - wersję otrzymali rządowi specjaliści z różnych resortów. W tym samym czasie ministrem kultury i sztuki został Zdzisław Podkański (PSL). Ludowcy postanowili opracować własny projekt. W opinii recenzentów był on znacznie gorszy od tego pierwszego. Projekt za radą ekspertów jeszcze kilkakrotnie poprawiano i wreszcie 10 października 1997 r. skierowano do pierwszego czytania. Drugie odbyło się 23 czerwca br. Ustawę o języku polskim Sejm uchwalił 22 lipca. Większością zaledwie 11 głosów. Wejdzie ona w życie po pół roku od momentu jej ogłoszenia.Ustawa nakłada obowiązek używania języka polskiego w działalności publicznej i obrocie gospodarczym. Jej celem jest ochrona polszczyzny przed wpływami obcymi, wulgaryzacją, a także zagwarantowanie językowych praw mniejszościom narodowym. Ustawa ma polską mowę oczyścić i dowartościować. Dla opornych przewidziano kary do 100 tys. Optymizm purystów powinien być jednak umiarkowany. Wyegzekwowanie językowej czystości jest trudne - może się okazać, że większość artykułów ustawy to pięknie brzmiące życzenia, dające się elastycznie interpretować. Największą wadą nowego aktu jest właśnie nieprecyzyjność, która objawiła się w pełni podczas dyskusji o obco brzmiącym nazewnictwie.

Art. 7 mówi o obowiązku używania języka polskiego w nazewnictwie towarów i usług, ofertach, reklamie mówionej i pisanej. Jedynie nazwy własne (tj. imiona, nazwiska, nazwy miejscowe, firmowe, nazwy towarów i wyrobów) w myśl tego artykułu nie muszą być spolszczane. Wysoka Izba wprowadziła jednak poprawkę, że chodzi o te nazwy, które nie posiadają rodzimego odpowiednika. Mówi się, że właśnie ten punkt językoznawcy skrytykują najbardziej w Senacie.

Kosmetyki Old Spice przetłumaczono jako "Starą Przyprawę" albo "Stary Smród" (poseł Jerzy Osiatyński). To akurat ironicznie. Nie żartowała jednak pani poseł sprawozdawca Iwona Śledzińska-Katarasińska, która przekonywała zebranych do "Małgorzaty Astor". Przyszłość "pubów" jest wciąż nieznana. Na razie wiadomo, że owych śmiesznie spolszczonych nazw znanych produktów nikt nie zatwierdzi. A już na pewno nie zrobi tego odpowiedzialna za sprawy polszczyzny Rada Języka Polskiego - 30-osobowy organ opiniodawczy, złożony głównie z językoznawców. - Obok nazwy własnej produkt ma nazwę gatunkową. I to właśnie ona powinna być napisana po polsku  - mówi prof. Walery Pisarek, przewodniczący Rady. Termin "nazwa własna" wystarczająco podkreśla integralność produktu, do którego się odnosi. Poza tym ustawa wyraźnie mówi, że ograniczenia nie dotyczą "instytucji i podmiotów prowadzących działalność gospodarczą, znanych powszechnie pod obcymi nazwami". Co innego, gdy polski producent wprowadza nowy produkt i zamiast rodzimej wybiera dla niego nazwę obco brzmiącą.

Zapis nie mierzy bynajmniej w znane wszystkim metki ani w znaki firmowe. Zlikwiduje za to nietłumaczone instrukcje obsługi oraz pseudozachodnią tandetę na ulicach. Powinny zniknąć auto-shopy, snack-bary i design-studia. Być może ustawa oduczy snobowania słowami typu "research", "cv" czy "interview" - przynajmniej jeśli chodzi o pracowników instytucji państwowych.

Ustawę o ochronie języka mają już takie państwa jak Francja, Belgia, Litwa, Łotwa, Słowacja, Macedonia, Republika Irlandii. Niektóre kraje regulują tę kwestię konstytucyjnie. Tak jest na przykład w Austrii, Niemczech i Kanadzie.

Nam bardzo długo nie udawało się uporać z językiem. Uchwalona tydzień temu ustawa przeleżała w Sejmie prawie 700 dni. Jak pokazywały kolejne debaty, bardzo trudno było pogodzić językowo-kulturowego ducha z literą ustawy. Spór przypominał chwilami dyskusję nad konstytucyjną preambułą: używano wielkich słów, mówiono o wartościach i priorytetach. Poseł Zdzisław Podkański podczas jednej z debat przypominał, że kiedy naród był "rozbity i zdegenerowany", to właśnie język stanowił największą wartość. "Orzeł w koronie, polszczyzna - to godności Polski" - apelowała z kolei posłanka Joanna Fabisiak. Patetyczny dyskurs raz po raz przerywał Piotr Gadzinowski. "Jak prezentować nurty muzyki młodzieżowej - pytał - np. hip hop, w którym pełno jest wulgaryzmów? Jak prezentować rap? To co państwo proponujecie, jest po prostu nową cenzurą". W trosce o dostęp do nieocenzurowanej kultury poseł Gadzinowski przypomniał -obok "Psów" Pasikowskiego - także frywolną twórczość "ojca języka polskiego" Jana Kochanowskiego. Przytoczony wers: "Drożej sram, niźli jadam" urozmaicił monotonię cytatów staropolskich - przy tej okazji w kółko powtarzało się bowiem Rejowe pouczenie o Polakach i gęsiach. ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]