POLITYKA

Piątek, 25 kwietnia 2014

Polityka - nr 49 (2785) z dnia 2010-12-04; s. 68-70

Historia

Adam Krzemiński

Przyklęk pokoju

Willy Brandt klęczący w Warszawie jest jedną z najbardziej poruszających politycznych ikon drugiej połowy XX w. Ćwierć wieku po zakończeniu II wojny światowej 7 grudnia 1970 r. kanclerz Niemiec złożył hołd ofiarom hitlerowskiego ludobójstwa i uznał zachodnią granicę Polski.

Wytyczona latem 1945 r. granica na Odrze i Nysie Łużyckiej była przez dziesięciolecia najtrudniejszą granicą w Europie. Przeforsował ją Stalin, na którego w Poczdamie nalegała polska delegacja. Natomiast Truman i Churchill kręcili nosami, że to za wiele. I ostateczną regulację zastrzegli dla przyszłego traktatu pokojowego. Niemców – inaczej niż w Wersalu 1919 r. – o zgodę nie pytano, toteż nawet w radzieckiej strefie okupacyjnej żywe były nadzieje, że to tylko prowizorka. Jeszcze w 1948 r. komunistyczny poeta i przyszły minister kultury NRD Johannes R. Becher odmówił przyjazdu do Wrocławia na Kongres Kultury; mruknął, że pojedzie do Breslau, ale nie do Wrocławia. Niemniej pod twardym naciskiem Stalina NRD oficjalnie uznała tę granicę 6 lipca 1950 r.

Natomiast alianci zachodni – wspierając w 1949 r. utworzenie Republiki Federalnej – nie wywierali na Niemców żadnych nacisków w sprawie granicy ze swoim byłym sojusznikiem, którego w Jałcie oddali pod kuratelę Stalina. Przeciwnie, kusili ich nadziejami, że to tylko linia tymczasowa. Nie wiadomo, od kiedy pierwszy kanclerz Niemiec zachodnich Konrad Adenauer nie wierzył w rewizję tej granicy; jednak do końca łudził tym swych wyborców.

Zimna wojna podzieliła Europę i niepewność wokół polskiej granicy zachodniej była dla obu hegemonów wygodnym zastawem. Dla Moskwy: bo skazywała Polskę na radziecką protekcję. Dla Zachodu: bo zwiększała w Niemczech ciśnienie antykomunistycznych emocji. Rachunek podwójnego upokorzenia płaciło polskie społeczeństwo: ze strony Niemców, którzy wojnę przegrali, ale odmawiali uznania jej skutków, oraz ze strony byłych sojuszników, którzy uzależnili Polskę od radzieckiej gry kartą niemiecką ponad polskimi głowami.

Pokazał to Stalin w 1952 r., proponując zjednoczenie Niemiec kosztem ich neutralizacji. Pokazał też Chruszczow w 1955 r., nawiązując stosunki dyplomatyczne z Bonn i zwalniając tysiące niemieckich jeńców wojennych, bez uzyskania od Adenauera uznania polskiej granicy. Jej niepewny status pozwalał trzymać w ryzach polskie kierownictwo. I tak w czasie polskiego Października ’56 prasa NRD zaczęła pisać o konieczności „umiędzynarodowienia” Szczecina.

Kompleks granicy opóźniał z kolei otwarcie się polskiego społeczeństwa na zachodniego sąsiada. Przekonali się o tym polscy biskupi w 1965 r., kiedy to ich apel o wzajemne przebaczenie wywołał oburzenie także wielu katolików.

Nieuznawanie przez Bonn granicy także przywódcom PRL dawało pewną kartę do gry z Kremlem. W Układzie Warszawskim pod presją Gomułki przyjęto doktrynę, że nikt (poza Moskwą) nie nawiąże stosunków z RFN, dopóki Bonn nie uzna NRD i polskiej granicy. Ale w styczniu 1967 r. wyłamała się Rumunia, a następnie Węgry i Bułgaria. Odpowiedzią Warszawy miał być żelazny trójkąt odmowy: PRL–NRD–CSRS. Jednak Praska Wiosna pokazała, że i żelazo jest kruche. Dopiero w maju 1969 r., po zgnieceniu czołgami Praskiej Wiosny, Gomułka zaproponował Bonn rozmowy bez warunków wstępnych.

Była to spóźniona o rok odpowiedź na sygnał szefa SPD Willy’ego Brandta – ministra spraw zagranicznych RFN w koalicyjnym rządzie kanclerza Kurta Georga Kiesingera – o potrzebie normalizacji stosunków z Polską. Willy Brandt nie był w Polsce nieznany. W 1958 r. jego twarz, burmistrza Berlina Zachodniego, widniała na okładce propagandowej broszury o zachodnioniemieckim rewizjonizmie. Ale już w połowie lat 60. nazywano go niemieckim Kennedym. A wspierający go intelektualiści – jak Günter Grass – domagali się wprost uznania granicy na Odrze i Nysie.

W kampanii wyborczej 1969 r. Brandt porwał młode pokolenie wizją demokratyzacji autorytarnego społeczeństwa oraz nowej Ostpolitik, uznania powojennych realiów po to, by złagodzić skutki podziału Niemiec i zbudowanego w 1961 r. muru berlińskiego. Brandt zwyciężył i został nowym kanclerzem.

Warszawa była dopiero trzecim etapem jego podróży na Wschód. Pierwszym był Erfurt w NRD, gdzie – entuzjastycznie witany przez miejscowych – spotkał się z kostycznym premierem Stophem. Drugim była Moskwa, gdzie podpisał traktat o rezygnacji z użycia siły i respektowaniu powojennych granic. Wkrótce miało się okazać, że to jednak Warszawa była punktem centralnym nowej Ostpolitik.

Początkowo nic tego nie zapowiadało, choć świadomość, że jedzie do Polski przede wszystkim po to, by dobrowolnie złożyć swój podpis pod rezygnacją z dawnych niemieckich terenów wschodnich, była dla kanclerza wielkim ciężarem. Od dawna znał rozpalone nastroje niemieckiej prawicy. Przez lata był przez nią obrzucany błotem jako nieślubne dziecko i zdrajca, który w czasie wojny nosił obcy (norweski) mundur.

Gdy 6 grudnia 1970 r. kanclerz Brandt lądował na Okęciu, padał deszcz. W samochodzie atmosfera była ciężka – wspomina tłumacz Gomułki i Cyrankiewicza prof. Mieczysław Tomala, we właśnie wydanej autobiografii „Niemcy – moją pasją”. Brandt zaczął rozmowę mówiąc, że jego ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]