POLITYKA

Piątek, 28 lipca 2017

Polityka - nr 3 (3094) z dnia 2017-01-18; s. 16-18

Polityka

Malwina Dziedzic

Puczyk prezesa

Schetyna wzmocniony, Petru przetrącony, Kaczyński przestraszony. Lub odwrotnie. Trwa spór o interpretację zakończonego właśnie protestu sejmowego. Co się zmieniło w polskiej polityce? I dokąd to prowadzi?

Pisowscy pretorianie przekonują, że opozycja próbowała dokonać zamachu stanu, ale dzielny prezes Kaczyński stanął naprzeciw i uratował Polskę przed ludźmi, którzy chcieli zatrzymać „dobrą zmianę”. Temu też służyć miał wyemitowany w ostatnią niedzielę w rządowej TVP1 „Pucz”, propagandowy, zmanipulowany i wyjątkowo prymitywny – nawet jak na obecne standardy telewizji publicznej – dokument autorstwa Ewy Świecińskiej, drugiej reżyserki „Smoleńska”. Widzowie mogli zobaczyć zaszczutych, Bogu ducha winnych posłów PiS, a z drugiej strony – agresywnych polityków opozycji oraz kodowców: głównie histerycznych lewaków i byłych esbeków martwiących się o swoje emerytury. Autorka tego dzieła, zmontowanego przede wszystkim z filmików krążących po mediach społecznościowych, nie pokusiła się, aby wytłumaczyć, z jakiego powodu poseł PO Michał Szczerba wszedł 16 grudnia na sejmową mównicę z kartką „#WolneMedia” (za co został wykluczony), ani też nie wspomniała o bezprecedensowym sposobie głosowania ustawy budżetowej w sali kolumnowej.

Znamienną scenę autorka zostawiła na koniec. To konferencja Jarosława Kaczyńskiego, na której zapowiada on wyciągnięcie konsekwencji wobec protestujących posłów opozycji. Narzucenie narracji, że oto mieliśmy do czynienia z nieudanym zamachem stanu, inspirowanym może nawet w Rosji, ma być podglebiem pod zmianę regulaminu sejmowego oraz pod system dotkliwych kar dla parlamentarnych buntowników. A wszystko po to, aby w przyszłości uniemożliwić Platformie i Nowoczesnej podobne zrywy. Bo opozycja – ale i wspierający ją demonstranci – dała się we znaki prezesowi PiS. Człowiek, który – jak słychać – ma silne poczucie fizycznego zagrożenia (już w latach 90. chodził po sejmowych korytarzach z „malutkim pistolecikiem”), przestraszył się tłumów, które 16 grudnia ściągnęły pod Sejm, oraz ludzi, którzy dwa dni później próbowali uniemożliwić mu wjazd na Wawel. I choć uliczne protesty już się zakończyły, a opozycja przestała blokować sejmową mównicę, wendeta prezesa PiS dopiero się rozpoczyna.

W obozie władzy pojawiają się pomysły, aby na protestujących posłów nałożyć wysokie kary finansowe, odebrać im immunitety, a nawet na 10 lat pozamykać w więzieniu (Mariusz Błaszczak). A to i tak mniej radykalne rozwiązania od tych, które proponowali niektórzy prawicowi publicyści uważający, że buntownikom należał się po prostu „lekki wpierd…” (Cezary Gmyz, TVP). Jak w republice bananowej. – Proszę bardzo, niech nas karzą – mówi przewodniczący PO. Wtórują mu inni, bo nic tak nie buduje opozycji, jak przemoc ze strony władzy.

Zawieszony

Grzegorz Schetyna podkreśla, że protest jest „zawieszony, a nie skończony” i że jeśli PiS znów będzie próbowało łamać zasady parlamentarnej demokracji, on i jego posłowie dalej będą demonstrować. Swoich ludzi zapewnia zaś, że kosztami protestów nie muszą się przejmować – w razie czego PO utworzy specjalny fundusz solidarnościowy. Kary finansowe to zresztą nie tylko pomysł polityków PiS. Wyszedł z nim również Paweł Kukiz – człowiek, który swoim wyborcom obiecywał „obalanie systemu”, dziś jest cichym sojusznikiem partii rządzącej. Ostatni miesiąc pokazał zresztą, jaki jest potencjał liderów politycznych, jak wobec PiS sytuują się poszczególne ugrupowania, a także ile waży w polityce doświadczenie.

Paweł siedział z nami na Konwencie Seniorów i zupełnie nie kumał, o co chodzi. Nie rozumiał, kto i o co tu gra. Tylko rzucał się bez sensu: wy sobie jaja robicie, jedni i drudzy! Bo on nie rozumie procedur i regulaminu – opowiada jeden z uczestników spotkania, na którym dyskutowano o tym, jak przełamać sejmowy impas (dzień przed tym, kiedy PO zdecydowała się zaprzestać blokady sali plenarnej). Tę bezradność czuć było na parlamentarnych korytarzach. Propozycje przekładania obrad o kolejne tygodnie mieszały się z ofertami siłowego wyprowadzania posłów (Kukiz proponował, żeby to jego wicemarszałek Stanisław Tyszka poprowadził obrady i przywołał Straż Marszałkowską) oraz z nielogicznymi pomysłami w stylu: uznajemy, że 33. posiedzenie Sejmu się odbyło, ale jednocześnie przyjmujemy uchwałę, że ze względu na nieprawidłowości powtórzone zostanie głosowanie budżetu (PSL).

To rozwiązanie polityczne, bo tego sporu nie można rozwiązać prawnie – tłumaczył Jakub Stefaniak, rzecznik PSL. Ludowcy, którzy z protestu w Sejmie wycofali się raptem po kilku dniach, bardzo zaangażowali się w pertraktacje na linii władza–opozycja. – PSL ma ludzi w samorządach i boi się, że PiS będzie ich wyrzucało z posad. Stoją na wycieraczce u Kaczyńskiego. Ludowcy negocjowali np. zostawienie Wojewódzkich Funduszy Ochrony Środowiska u marszałków, bo PiS chciało to scentralizować – opowiada jeden z ważnych polityków PO, tłumacząc woltę byłego koalicjanta. Władysław Kosiniak-Kamysz, nie chcąc, aby partia mu się rozleciała, musi zabezpieczyć interesy peeselowskich ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]