POLITYKA

Wtorek, 17 października 2017

Polityka - nr 40 (3130) z dnia 2017-10-04; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Pułapka posybilizmu

Góra urodziła mysz. Andrzej Duda, po dwóch miesiącach pracy własnej oraz ekspertów, przedstawił projekty ustaw sądowych tak niedopracowane i niedomyślane, że w ciągu paru godzin rozsypały mu się w rękach, łącznie z jakimś dziwacznym pomysłem nagłej zmiany konstytucji. W tych propozycjach nawet technicznie i logicznie niewiele się klei (analizujemy je na s. 18), poza jedynym czytelnym motywem, by, ustanawiając swoją władzę nad sądami, partia uwzględniła prezydenta. Projekty Dudy nawet w obozie PiS wywołały konsternację i ironiczne komentarze. Nie mówiąc już o opozycji, która srodze zawiodła się w nieśmiałych nadziejach na jakiś bunt Dudy przeciw łamaniu konstytucji. A ponieważ prezydenckie projekty ustaw nie zadowalają ani kierownictwa PiS, ani opozycji parlamentarnej i ulicznej (znów mieliśmy manifestacje pod sądami), merytorycznie zaś są żenujące – zapewne znów zaobserwujemy sondażowy wzrost poparcia dla Andrzeja Dudy. Tak działa nasze polityczne prawo Murphy’ego: im gorzej, tym wyżej. W rankingach popularności i zaufania zdecydowanie dominują dziś partia PiS, a personalnie Andrzej Duda i Beata Szydło, urzędnicy raczej bezwolni i bez większego politycznego znaczenia. Zaś po sondażowym dnie szorują – w końcu broniący praworządności – działacze opozycji. Załamać się można, jeśli się nie jest z PiS.

Zagadka – dlaczego „temu pisu” nie spada?” – obrosła licznymi hipotezami i teoriami. Po wyborach przed dwoma laty dominowała teoria awarii politycznej (że Tusk, Komorowski, Ogórek, która zaszkodziła lewicy), potem analizy zaczęły sięgać głębiej: że oto mamy bunt klasy plebejskiej przeciwko klasie średniej albo że rozczarowana klasa średnia zwróciła się przeciw elitom III RP lub że obserwujemy ewidentny bunt prowincji. Była też narracja historyczna, że odżyła stłumiona nostalgia za PRL lub odmroziły się konflikty i podziały z czasów międzywojnia. Ciekawa, do dziś rozwijana, jest teoria kulturowa: PiS odkrył prawdziwą, folwarczną, chłopską naturę Polaków, odrzucił uciążliwy snobizm na zachodnie „ą, ę”, przywrócił godność i swojskość, pokazał, że my ze Wschodu i że nie musimy się tego wstydzić. Ważne są interpretacyjne nurty psychologiczne, odwołujące się do tłumionego poczucia krzywdy, zawiści, chęci odwetu. Jest ciekawy zestaw teorii mistycznych, mesjanistycznych – a jakby na drugim krańcu opowieść, że chodzi zwyczajnie o kasę, kariery, utrzymanie się przy korycie i korumpowanie państwowymi pieniędzmi (500 plus) jak największej grupy wyborców. Te hipotezy czasem się łączą, częściej wykluczają.

Ostatnio, zapewne na tle tzw. sporu o sądownictwo, modna stała się „teoria przełamywania imposybilizmu”. Oryginalne słowo „imposybilizm” – wrzucone do naszego potocznego języka przez Jarosława Kaczyńskiego jeszcze w czasach rządów Platformy – miało oznaczać demonstrowaną jakoby przez PO „niemożność” rozwiązywania różnych problemów Polaków. A to z powodu braku pieniędzy, ograniczeń prawnych, międzynarodowych umów, politycznej poprawności. Kaczyński obiecywał, że po dojściu PiS do władzy niemożliwe stanie się możliwe. I na tym budowano kampanię wyborczą: „Nie wierzcie, że nie ma pieniędzy; wystarczy tylko nie kraść”. „Prawo nie może być ważniejsze od woli wyborców” – znamy, pamiętamy. Po wygranych wyborach (i to jest centrum teorii przełamywania) PiS robi dokładnie jak zapowiedział. I co? – i nic. Dali 500 plus i budżet się nie załamał; obniżono wiek emerytalny, ludzie są zadowoleni, a agencje ratingowe podnoszą notowania polskiej gospodarki. W ciągu paru miesięcy dało się zlikwidować gimnazja, spolonizować wielkie banki, uszczelnić system podatkowy, wyciąć kornika z Białowieży, zażądać reparacji wojennych od Niemców.

Najlepszym symbolem przełamania imposybilizmu Platformy jest komisja ds. warszawskich reprywatyzacji Patryka Jakiego. Prawnicy dowodzili, że nie da się bez długich procesów odwrócić dokonanych faktów, a tu proszę: Jaki oskarża, decyduje, nakazuje zwrot, pokrzywdzeni lokatorzy płaczą ze szczęścia, dziękują panu ministrowi. Jeśli potem nie uda się fizycznie odzyskać nieruchomości, to dlatego, że są jeszcze obrońcy imposybilizmu w sądach i warszawskim ratuszu. Cała idea podporządkowania prokuratury ministrowi sprawiedliwości ma służyć interwencji w wybrane, spektakularne przypadki; prezydenta pomysł z ludową izbą odwoławczą w Sądzie Najwyższym również zmierza do złamania ostateczności prawomocnych wyroków. Tak, radykalny posybilizm tej ekipy niszczy resztki reputacji poprzedniej władzy i obezwładnia dzisiejszą opozycję.

Sporo ludzi wcześniej niewspierających PiS jest pod wrażeniem determinacji, skuteczności, aktywności, pośpiechu tej ekipy – zwłaszcza po okresie tuskowego zastoju – wytyczania dróg na skróty, nieliczenia się z oporem przeciwników i utyskiwaniem ekspertów. Jeśli to nam się będzie wciąż podobało (sondaże poparcia dla PiS rosną), będziemy mieli tego posybilizmu więcej. Prokurator Ziobro dopadnie złych ludzi uniewinnianych przez złe sądy; Jaki odda, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]