POLITYKA

Poniedziałek, 25 września 2017

Polityka - nr 37 (2722) z dnia 2009-09-12; s. 112

Stomma

Ludwik Stomma

Putin powiedział

Co powie Putin? Najważniejsza jest wypowiedź Putina!

Już na wiele dni przed przyjazdem Putina na uroczystości związane z rocznicą 1 września 1939 r. rozpoczęły się w Polsce domniemania i spekulacje na temat przyszłej wypowiedzi premiera Rosji. Z niemałym zdumieniem i rozbawieniem patrzyłem na defilujących w TVN kolejnych specjalistów i ekspertów, z których każdy coś przypuszczał, wyrażał przypuszczenie, że przypuszczalnie, a w każdym razie można tak przypuścić, Putin powie to właśnie, a nie co innego. Owe przypuszczenia często dość radykalnie się między sobą różniły, więc też średniej przypuszczalności absolutnie nie dawało się ustalić. Padało dramatyczne pytanie, czy Putin będzie mówił „do Polaków”, czy też „pod rosyjską publiczność”. Czy będzie przepraszał, a jeśli tak, to za co, czy nie obrazi naszej polskiej historycznej i rocznicowej wrażliwości. Czy będzie wzniosły i butny, czy pokorny i pojednawczy... Wszyscy przypuszczali i przypuszczenie goniło za przypuszczeniem. Każde zaś z przypuszczeń uczone było i padało z ust znawców stosunków polsko-rosyjskich i Wschodu w ogóle.

A potem przyjechał premier Putin i przemówił. No i co? No i nic. Wszystkie przypuszczenia okazały się płonne, gdyż wytrawny polityk zachował się tak dokładnie, jak zachowują się wszyscy wytrawni politycy. Skoro przyjeżdżał do Rzeczpospolitej, to nie po to, żeby obrażać jej obywateli. Z drugiej strony, nie odszedł o krok od rosyjskiej wykładni dziejów, acz prezentował ją delikatnie i starając się unikać emocjonalnych akcentów, które mogłyby urazić gospodarzy. Innymi słowy, nie powiedział nic nowego, co było całkowicie wystarczające, żeby wypaść dobrze w kontekście histerii rozpętanej wcześniej przez polskie media z powodu jakichś nieodpowiedzialnych wypowiedzi paru rosyjskich historyków.

Tymczasem społeczność naukowa (w tym, oczywiście, także grupa zawodowa dziejopisów) w każdym kraju liczy w swoich szeregach i ludzi tzw. nawiedzonych, i maniaków, i oszołomów. Zwracanie na nich uwagi to tylko przyczynianie im niepotrzebnego rozgłosu. Skądinąd tym wszystkim, którzy oburzyli się tezą, że Polska z Hitlerem wspólnie spiskowała przeciwko ZSRR, przypomnieć należy, że u nas znaleźli się historycy, i to z uniwersyteckimi tytułami, którzy głosili, że tak właśnie powinno było być i nasz sojusz z Hitlerem byłby dla Rzeczpospolitej błogosławieństwem. Wart Pac pałaca. Natomiast z oficjalnymi, podręcznikowymi wykładniami historii dyskutować, oczywiście, można i czasami, choć jest to z reguły beznadziejne, nawet należy.

Rosyjska wizja II wojny światowej ma dwa aspekty, z których pierwszy nazwałbym cyniczno-politycznym, a drugi martyrologiczno-sentymentalnym. W ramach tego pierwszego odnaleźć można między innymi tezę, którą podtrzymuje wielu znawców tematu na całym świecie, że Zachód robił wszystko, żeby pchnąć Hitlera na wschód. Stalin więc, kosztem Polski, odwrócił wektory i zyskał na tym dwa bezcenne lata. Co więcej, zbrodniczo wbijając nóż w plecy walczącej Rzeczpospolitej, przesuwał swoje granice na zachód o tyle właśnie kilometrów, ilu zabrakło później Niemcom w marszu na Moskwę.

Bez względu na pełną niemoralność takiego rozumowania, stanowi ono a posteriori jakieś wytłumaczenie. Drugim elementem są straszliwe straty, ponad 20 mln istnień ludzkich, jakimi opłacone zostało zwycięstwo. Ta rzeka krwi zmyła i wyrzuciła na odległe brzegi wiele spraw. Wszyscy obywatele ZSRR, a przynajmniej ogromna ich większość, byli świadomi zbrodni reżimu, toteż z początku niektórzy przyjmowali Niemców z nadzieją. Szybko się zrazili. Byli też tacy, którzy zostali u boku najeźdźców do końca. Ale był to margines. Ta wojna bowiem szybko stała się naprawdę ojczyźniana. Ludzie wychodzili z łagrów: bez wahania, z całą ofiarnością szli do walki. Iluż żołnierzy radzieckich miało za sobą taką przeszłość, w tym i tych najwyższych rangą, jak na przykład smutnej dla Polaków pamięci marszałek Konstanty Rokossowski.

Kiedy zapomina się o własnych krzywdach, mniejsze ma się zrozumienie dla cudzych. Nie jest to słuszne, nie jest sprawiedliwe, ale przecież w jakiejś mierze psychologicznie zrozumiałe. I w tym kontekście należałoby rozpatrywać również sprawę katyńską. Nie po to, żeby wybaczyć albo zapomnieć, ale żeby zrozumieć to, co poczytujemy za względną obojętność Rosjan. 20 mln rozrzuconych po Europie Wschodniej grobów przysłoniło cmentarz katyński. I jeszcze jedno: ogromna większość tych żołnierzy, którzy spod Stalingradu ruszyli na zachód, wierzyła najgłębiej, że niosą światu dumne wyzwolenie. I potem padają pytania: wy się upominacie o waszych poległ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]