POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 40 (2725) z dnia 2009-10-03; s. 32-33

Kraj

Ewa Winnicka

Ranking nieprawdę ci powie

Rozmowa z Jackiem Strzemiecznym, szefem Centrum Edukacji Obywatelskiej w Warszawie

Ewa Winnicka: – W Warszawie i w innych miastach ogłoszono listy najlepszych gimnazjów publicznych. Jak to się dzieje, że dwie szkoły, które znajdują się w jednej dzielnicy, niemal przy tej samej ulicy, mają skrajnie różne wyniki testów?

Jacek Strzemieczny: – Jest oczywiście możliwość, że w jednej z tych szkół pracuje zespół nauczycieli, którzy świetnie zajmują się dziećmi, rozbudzają w nich pasję, a w drugiej nie bardzo. Ale badania wskazują, że wysokie wyniki są związane z tym, z jakich domów pochodzą uczniowie. Dzieci bogatszych, lepiej wykształconych rodziców zwykle łatwiej się uczą.

Czyli obok lepszego z tych gimnazjów jest po prostu inteligenckie osiedle, a obok drugiego robotnicze?

Tak może być, albo szkoła zaczęła bardzo dobrze wypadać w rankingach, więc rodzice, nawet ci spoza najbliższej okolicy, zechcieli posyłać tam swoje dzieci. Dyrektorzy mogli spośród nich wybierać te, które się będą łatwiej uczyły.

W gimnazjum wybiera się dzieci, które najlepiej zaliczyły sprawdzian szóstoklasisty?

Tak. Ten sprawdzian wymyślono, by ocenić, jak efektywnie uczy szkoła podstawowa, i dać informację nauczycielom tej szkoły – jak uczą. Ale on różnicuje dzieci, sprawia, że jedni kandydaci do gimnazjum są atrakcyjni, a inni nie.

A w podstawówce? Jak dyrektor może ułatwić sobie życie? Tam nie ma egzaminu.

Wystarczy zrobić zebranie rodziców przyszłych uczniów, żeby zobaczyć, jak są ubrani i czy w ogóle przyszli. Albo zapytać, który dzieciak miał kontakt z językiem angielskim. I już wiadomo, kto jest gorszy, a kto lepszy. Trzeba jednak z całą mocą powiedzieć, że pozycja w rankingu nie musi świadczyć o jakości szkoły. W żadnym wypadku nie znaczy to, że w szkole nauczyciele dobrze uczą.

Ale jeśli wiadomo, że w liceum X zdawalność do wymagającej Szkoły Głównej Handlowej wynosi 70 proc. i ta szkoła jest wysoko w rankingu, to ta informacja o czymś świadczy?

O tym, że w tym liceum uczą się wyselekcjonowane dzieci i że sprawnie rozwiązują one trudne testy. To jest tylko jeden wymiar edukacji, uproszczony. Zresztą nie wiadomo, jakimi metodami dochodzi się do tej sprawności.

Co to znaczy?

Zdarza się, że nauczyciel jest wybitnie wymagający, przez co zmusza uczniów, by korzystali z korepetycji. Oni później dobrze zdają te swoje egzaminy, a to służy rankingom. Bywa, że wszyscy są zadowoleni, niektórzy rodzice są gotowi płacić większe pieniądze, bo chcą, żeby ich dziecko zdało do wymarzonej SGH, która wymaga specyficznych zdolności zdawania. Ale tych rodziców jest mniej, niż się wydaje.

A inni rodzice są mamieni rankingami?

Bardzo często. Są rodzice, dla których inne rzeczy są ważne. Czy nauczyciele potrafią rozbudzić pasję, czy uczą współpracy, samodzielnego zdobywania wiedzy, pewności siebie. Dla nich ważniejsze jest, żeby dziecko z przyjemnością chodziło do szkoły i wracało z wiarą we własne możliwości. O tym rankingi nic nie mówią.

Jak rodzic może sprawdzić, czy wysoko pozycjonowana szkoła dobrze uczy?

To nie jest łatwe. Najważniejsi są konkretni nauczyciele, którzy będą uczyć nasze dziecko. To jest często kwestia przypadku, ale ważny jest klimat szkoły i pokoju nauczycielskiego.

Jak to sprawdzić?

Rozmawiać z uczniami, bo oni najwięcej wiedzą o szkole. Pytać, jaka jest atmosfera, czy sprzyja uczeniu się, czy dzieci odczuwają, że są szanowane i lubiane.

Opublikowaliśmy kiedyś w „Polityce” reportaż o słynnym XIII LO w Szczecinie, od lat liderze olimpiad przedmiotowych. Sceptycy nazywali tę szkołę stresującą hodowlą. Zaprotestowała Jolanta Lipszyc, nauczycielka, wieloletnia dyrektor olimpijskiego liceum w Warszawie, dziś szefowa warszawskiego Biura Edukacji. Mówiła, że olimpijczyk musi być rozbudzonym naukowo człowiekiem, bo inaczej nie podołałby olimpiadzie.

Nie krytykowałbym za olimpijskie ambicje. Jeśli nauczyciele uczą dociekliwości i naukowego podejścia, to świetnie. Ale na pewno nie wymagałbym od szkoły koncentracji na olimpiadach. Konkursy i rywalizacja w szkole mają swoje poważne wady. Związany z nimi stres zabija w młodych ludziach radość uczenia się i przygłusza ciekawość świata.

Ale czy nie wylewa pan dziecka z kąpielą? Przecież zdobywanie wiedzy, identyfikacja z dobrą szkołą, z jej etosem to też jest wartość.

Ależ niech rodzice i uczniowie wybierają takie szkoły! Ale należy zanegować uproszczoną i niesprawiedliwą wizję świata, w którym szkoły porównuje się na podstawie niepełnych informacji. Jestem pewnien, że wysoka pozycja w rankingu nie daje pojęcia o wartości szkoły.

To rodzice czy dzieci chcą takich szkół?

Dzieci rzadziej, choć one też już się nauczyły, że rywalizacja jest bardzo ważna. Ale to rodzice bardziej są skażeni genem rywalizacji. Ważne ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]