POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 10 (3101) z dnia 2017-03-08; s. 14-16

Temat tygodnia

Jacek Żakowski

Razem czyli jak?

Zjednoczenie opozycji wydaje się marzeniem ściętej głowy, które może się jednak udać, jeśli głowa woli nie być ścięta.

Anty-PiS czeka wyborów jak kania dżdżu. Ale opowiada o nich jak o żelaznym wilku. A wilk tuż. Jeśli nic się nie zmieni, za półtora roku opozycja może stać się jeszcze bardziej opozycją – nie tylko w Senacie i Sejmie, lecz także w radach wielu województw, powiatów i gmin, w których rządzi.

Jeżeli prawo nie zostanie zmienione, 11 listopada 2018 r. wybierzemy nowe samorządy. Wiele jednak wskazuje, że data będzie inna. W parlamencie już leży petycja, by ją zmienić, bo 11.11 narodowcy tradycyjnie robią zadymy, a w trakcie głosowania i dzień przed nim demonstrować nie wolno. Tak czy inaczej opozycji został najwyżej rok na decyzję, jak wziąć pierwszą z przeszkód trzyetapowego wyścigu. Na jego końcu rozstrzygnie się, czy PiS będzie rządził dłużej niż jedną kadencję, co znaczy, że zapewne też dłużej niż dwie kadencje. A po drodze (maj 2019 r.) czekają nas jeszcze eurowybory. Panuje więc opinia, że wybory samorządowe będą trendsetterem rozgrywki o to, kto ma rządzić Polską w trzeciej dekadzie XXI w.

Zważywszy dynamikę sondaży i protestów, obecną ordynację i sztuczki, które PiS zrobi, by utrzymać władzę, wybór wydaje się prosty: albo opozycja pójdzie do wyborów razem, robiąc jedną listę (i uzgadniając kandydatów na burmistrzów, jeśli PiS zlikwiduje drugą turę bezpośrednich wyborów), albo jeszcze długo będzie opozycją. Pierwsze sygnały nie są zachęcające: Platforma już zaproponowała kandydatkę we Wrocławiu, a Nowoczesna w Rzeszowie. Ale to niczego nie przesądza, bo wspólny kandydat musi być wyłoniony z grona kandydatów partii. Gorsze jest to, że może zabraknąć woli, bo dla partyjnych liderów, ich otoczenia i bezpośredniego zaplecza życie w opozycji nie musi być bardzo złe.

Pod jarzmem Tuska nie tylko Prezes potrafił się w opozycji luksusowo umościć. Cały zakon PiS żył jak pączek w maśle. Teraz liderzy PO i Nowoczesnej też się zgrabnie moszczą. A jak nabiorą wprawy, paręset osób z opozycyjnej górki nie będzie miało powodów do narzekań. Diety, biura, darmowe bilety, personel, podróże, styl pracy „wolnych zawodów”. Partyjni liderzy, którym system daje nieźle żyć w opozycji, frustrują się swoją opozycyjnością dużo mniej niż ich elektorat i ludzie z dalszego zaplecza, których zmiana władzy naraża na realne, także osobiste, straty. Dlatego zaplecze bardziej prze do odzyskania władzy, bardziej się emocjonuje zmianami na jej szczytach i bardziej przeżywa słabość opozycji niż sami bezpośrednio zainteresowani.

To sprawia, że wokół opozycji dużo częściej i głośniej słychać głosy na rzecz wspólnej listy niż w opozycyjnych klubach parlamentarnych. Liderzy partyjni robią wrażenie mniej zainteresowanych odsunięciem PiS niż utrzymaniem przywództwa w partiach, zachowaniem ich odrębności, która jest konieczna, by byli na szczycie, oraz walką o to, kto jest nr. 1. opozycji i która partia zdominuje obóz anty-PiS. To wszystko tworzy potężną zaporę dla realizacji idei wspólnej listy i zwiększa szanse PiS na zachowanie władzy w następnej kadencji.

Nie ma się jednak co łudzić: jedna lista sama z siebie też nie gwarantuje zwycięstwa anty-PiS. Sondażowo PiS waży dziś z grubsza tyle, co cała współpracująca z KOD opozycja, która ewentualnie może taką wspólną listę stworzyć. A sam KOD ostatnio raczej traci dynamikę. To się może udzielić partiom opozycyjnym. Nawet więc jeśli wspólna lista wydaje się dziś jedyną szansą zmiany władzy w Polsce, wciąż jest tylko szansą i to obciążoną ryzykiem.

Wspólna lista niesie nawet ryzyko pogłębienia porażki, jeśli będzie powstawała w kabaretowej atmosferze „Konwentu Świętej Katarzyny” lub w zawiesinie niesnasek i bliskiej dyktatowi dominacji najsilniejszego partnera, które towarzyszyły tworzeniu list Zjednoczonej Lewicy przed wyborami 2015 r. Opozycja jest z natury rzeczy nieporównanie mniej sprawcza niż koalicja, musi dużo gadać, a mało może zrobić, więc łatwo ją ośmieszać jako bandę krzykaczy, awanturników, opowiadaczy, malkontentów, którzy potrafią tylko krytykować. Niesnaski przy tworzeniu listy mogą takie wrażenie pogłębić, powodując, że opozycja sama zabije się idącym przez Polskę śmiechem. Śmieszność może sprawić, że zniknie ewentualna niewielka przewaga „wspólnej listy” nad obozem PiS.

Wspólna lista coraz wyraźniej jest jedyną szansą opozycji na przejęcie władzy, ale niewielu błędów trzeba, żeby stała się – podobnie jak dla Zjednoczonej Lewicy – wspólną katastrofą, która na długo zapewni władzę Zjednoczonej Prawicy. Dlatego nim zaczniemy namawiać opozycję, żeby startowała wspólnie, musimy mieć pewność, co jest jej rzeczywistym celem i jaka jest hierarchia celów jej liderów. Co ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]