POLITYKA

Niedziela, 23 kwietnia 2017

Polityka - nr 8 (3099) z dnia 2017-02-28; s. 40-44

60. Polityka

Wiesław Władyka

Realia i marzenia

Jak to z POLITYKĄ było. 1957–2017.

Dziesięć lat temu POLITYKA świętowała swoje 50. urodziny. Były obchody, ukazały się teksty wspomnieniowe, powstała nawet książka, która opowiadała historię tygodnika i ludzi z nim związanych (Wiesław Władyka, „»Polityka« i jej ludzie”, Warszawa 2007; tytuł nawiązywał do książki Michała Radgowskiego z 1981 r. „Polityka i jej czasy”). Można sobie przeczytać.

Z dzisiejszej perspektywy tę pierwszą pięćdziesiątkę nawet lepiej widać niż kiedyś. Widać, że POLITYKA była z jednej strony wytworem swoich czasów, a z drugiej, że sama je kształtowała. Czyniła to co tydzień, rok w rok w nieustannym związku z rzeczywistością, która podlegała logice – jak mówiono w redakcji – kolejnych etapów, wymierzanych rytmem historii podręcznikowej. Gdy się pojawiła, akurat zaczynał rządzić Władysław Gomułka, potem, wiadomo, Edward Gierek, okres Solidarności 1980–81 i gen. Wojciech Jaruzelski. Rok 1989 otworzył kolejny etap Polski już niepodległej i demokratycznej, przynależącej w końcu i do NATO, i do Unii Europejskiej. Polska, a wraz z nią POLITYKA, przechodziła transformację i adaptację, wielkie reformy i przemiany, można powiedzieć – wielką rewolucję, choć w tempie i stylu ewolucyjnym, na szczęście. W sumie te 17 lat nowej Polski to wyłanianie się Trzeciej RP, następnie jej dorastanie, aż po egzamin przynajmniej maturalny.

Tamten jubileusz wypadł w momencie, gdy Trzecia RP została zaatakowana przez Czwartą, akurat prezydentem oraz premierem Polski byli bracia bliźniacy, Lech i Jarosław Kaczyńscy. Jakimś może żartem historii jest to, że sześćdziesiątkę przychodzi świętować POLITYCE, gdy Polską rządzi jednoosobowo Jarosław Kaczyński, powracający tak do słów, jak i czynów sprzed 10 lat.

Tak więc historia POLITYKI ściśle wiąże się z dziejami Polski, najpierw w wydaniu PRL, potem Trzeciej RP. Przecież pismo ma też własną historię, swoje wewnętrzne przełomy, blaski i cienie, powodzenia i niepowodzenia, choć bilans, można nie być tak znowu skromnym, tak dzisiaj, jak i 10 lat temu wypadał i wypada w sumie pozytywnie. Jeśli mierzyć go choćby pozycją rynkową i kulturową pisma, tysiącami wiernych czytelników różnych pokoleń, nagrodami dziennikarskimi, uznaniem środowiskowym, wreszcie tekstami, ich poziomem i siłą oddziaływania.

A się nie zanosiło. Bo pismo zostało powołane przez Gomułkę, by hamować Październik ’56, by zwalczać prasę, która pozostawała w ciągu rewolucyjnym i parła do dalszych zmian. W redakcji zasiedli zaufani towarzysze, często wysoko umocowani w centralnym aparacie PZPR. Całością kierował prof. Stefan Żółkiewski wspierany przez instruktora KC Mieczysława F. Rakowskiego, który wnet zastąpił pierwszego naczelnego, gdy ten został oddelegowany do innych politycznych zadań. Tak zakończył się ten początkowy, niezbyt chwalebny, etap w dziejach pisma. Było ono zresztą nudne, siermiężne i bez wdzięku, napchane referatami i mentorstwem partyjnym.

Ledwie po trzydziestce Mieczysław F. Rakowski, gdy przejmował odpowiedzialność za POLITYKĘ, doprawdy nie wiadomo skąd wiedział, że dziennikarstwo powinni uprawiać dziennikarze, że jakość produktu prasowego jest wypadkową talentów autorskich i redaktorskich. I zaczął przyjmować do tygodnika dziennikarzy według podstawowej zasady: pokaż tekst. Nie przejmował się zresztą, skąd kto przychodzi, tak więc często byli to koledzy z redakcji rozwiązanych i przeczyszczonych przez Gomułkę, także ci, których wcześniej POLITYKA zwalczała. A więc ludzie POLITYKI. Już niebawem zaczęto ich nazywać bandą Rakowskiego, bo tworzyli rzeczywiście zespół lojalny wobec szefa i wobec siebie, także wobec coraz wyraźniejszego stylu pisma, jego wartości i odrębności, swoistej inności. Tworzyli też jakość, bo w redakcji pracowali najwybitniejsi dziennikarze, związani z pismem przez długie lata, którzy zaczynali jako adepci, młodzi zdolni, a dzisiaj można ich odnaleźć we wszystkich encyklopediach jako klasyków.

POLITYKA w niczym nie przypominała czegokolwiek istniejącego na ówczesnym rynku prasowym w Polsce, zwłaszcza gdy osiągnęła – po kilku latach – sprawność dobrze naoliwionej maszyny, gdy zaczęła zdobywać popularność i czytelników, gdy stawała się z wolna liderem wśród polskich tygodników. Aż wreszcie zasłużyła sobie na opinię, że była w ogóle najlepszą gazetą między Władywostokiem a Łabą.

Była oczywiście pismem systemu, nie kontestowała go, ale dążyła – jak wielu tzw. rewizjonistów i reformatorów partyjnych – do jego racjonalizacji, modernizacji, uczłowieczenia. Wnet weszła w konflikt z twardą częścią aparatu władzy, która zresztą w latach 60. sięgała wprost do haseł nacjonalistycznych, antysemickich, aż wreszcie wyrychtowała wielką hecę Marca ’68. Wtedy też POLITYKA znalazła się w krańcowym zagrożeniu, ledwie uratowała swój los.

Była atakowana, w języku tamtych konfliktów, za kosmopolityzm, menedżeryzm, rewizjonizm, za ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]