POLITYKA

Niedziela, 24 września 2017

Polityka - nr 9 (3100) z dnia 2017-03-01; s. 26-27

Ogląd i pogląd

Leszek Jażdżewski

Reanimacja liberała

Liberalizm jako wolnościowa i ekonomiczna idea traci w Polsce i na świecie atrakcyjność. Czy można odwrócić ten trend?

Historia liberalizmu w Polsce to pasmo nieporozumień i niedopowiedzeń. Instytucje na wzór zachodni powstały u nas przy braku społecznej bazy, kultury politycznej i ideowej tradycji. Polska przez długi czas budowała się na kredyt, pod zastaw marzenia o dołączeniu do mitycznej Europy. Kiedy marzenie straciło moc, dogoniła nas rzeczywistość.

Liberalizm w wydaniu polskim jest paradoksalnie liberalizmem przymusu. Tworzeniem kolejnych reguł i instytucji ograniczających nasze naturalne instynkty. Formą narzuconą na nasz polski bezkształt, której zapożyczenia i obcych korzeni nie sposób zamaskować. Ideologią wtłaczaną niekonsekwentnie i często tylko formalnie. Neutralność światopoglądowa państwa, ale z przymrużeniem oka, bo studzienki kanalizacyjne trzeba poświęcić. Jesteśmy przeciw przemocy wobec kobiet, ale z realizacją zapisów konwencji antyprzemocowej się nie spieszymy. Przeprowadzamy przetargi czy konkursy kadrowe, ale zawczasu je ustawiamy...

Po co się męczyć?

Liberalizm stworzył z Polską relację symbiotyczną. Polski „lud” poddawał się nieprzyswojonym wartościom państwa prawa i tolerancji, w zamian za to liberałowie ciągnęli polski wózek na Zachód. W zawołaniu „wczoraj Moskwa, dziś Bruksela!” jest więcej prawdy, niżbyśmy chcieli przyznać; choć innej niż ta wykrzykiwana na ulicach przez narodowców. Moskwa była gwarantem i oparciem elit PRL, Bruksela – liberalnego projektu III RP. Słabe zakorzenienie społeczne wymagało zewnętrznego wsparcia.

Liberalizm, nawet nieudolnie zastosowany, miał podstawową przewagę nad realnym socjalizmem i nacjonalizmem: premiował efektywność, kapitał społeczny, motywował do edukacji, inwestowania w siebie i w rozwojowe projekty. Dlatego kapitalizm wygrał jako system ekonomiczny; dlatego szeroko pojęty liberalizm jako system ochrony praw jednostki, w tym własności, okazał się tak skuteczny. Liberalizm ma jednak istotną wadę: stwarza wobec jednostki wymagania. Nie wystarczy „czy się stoi, czy się leży”, nie wystarczy „jesteśmy członkami wielkiego bohaterskiego Narodu”; potrzebna jest indywidualna odpowiedzialność za własne losy.

Liberalizm czyni pewne optymistyczne założenia co do jednostek: że będą uparcie dążyć do realizacji własnego interesu w ramach systemu premiującego umiejętności i ciężką pracę. W społeczeństwach miejskich, z silną burżuazją, a potem klasą średnią i aspirującymi do niej społecznymi masami, taki system mógł liczyć na społeczne i polityczne poparcie. W społeczeństwach bez silnej klasy średniej autorytarna władza pozyskiwała dla swoich celów masy na kontrze do „zdeprawowanych i wynarodowionych elit”.

Pomimo niemal trzech dekad rozwoju jesteśmy wciąż pod względem struktury społecznej niebezpiecznie blisko modelu autorytarnego, który ma u nas długą tradycję. Przy wszystkich różnicach zarówno sanacja, jak i komuna gardziły indywidualizmem, liberalnymi elitami, represjonowały je, opierając władzę na legitymizacji mas, z którymi budowano stosunki klientelistyczne: dobra władza daje, co znaczy, że może i wymagać.

Co poszło nie tak?

Polski liberalizm był jak sami Polacy. Pełen ideałów, poruszający się zrywami, z realnymi osiągnięciami, ale niezdolny do konsekwentnego, strategicznie zaplanowanego działania. Także w obszarach jakby dla siebie stworzonych. Jak bowiem oceniać pozytywnie reformę edukacji z gimnazjami na czele, skoro wychowała młodzież, która jeśli w ogóle ma jakieś poglądy, to są one mieszanką społecznego darwinizmu i narodowego szowinizmu? Innym obszarem klęski jest uklęknięcie polskich liberałów przed Kościołem katolickim. Kościół w polską demokrację wszedł jako jej sojusznik, a po prawie trzech dekadach widać, że wyszarpał dla siebie od koniunkturalnych polityków wszystko, czego chciał, betonując przy tym Polskę światopoglądowo i sprzyjając odradzaniu neoendeckiej mentalności.

Jednak największą klęską liberalizmu w ostatnim czasie była rezygnacja z wizji i silnych emocji. Liberalizm w wydaniu PO był próbą trafienia do Polaków przez żołądek do serca. Chęć wprowadzania zmian uznano za reformatorski romantyzm rodem z innej epoki, a polityczną wizję ośmieszono jako chorobę psychiczną. Strach przed Kaczyńskim dawał wyborczy sukces, a ten pozwalał zamknąć usta krytykom. Tuskowy projekt nowoczesnego pragmatyzmu – wyciśnięcia do końca ideologii „poparcia dla transformacji i dla Europy” oraz opierania władzy na strachu przed nieodpowiedzialnym PiS – okazał się krótkowzroczny.

W powszechnym odbiorze, i to nie tylko w elektoracie PiS, władza nie jest dla polskiego obywatela partnerem, co najwyżej bezduszną biurokracją, którą można próbować wykiwać. Prawo, oficjalne reguły nie mają większego znaczenia, liczą się „plecy”, ewentualnie kasa pod stołem. Wszystkim i tak sterują ważni ludzie na górze. Z nimi i tak się nie wygra, więc lepiej nie zaczynać. Podejrzewam, że z takiego założenia wyszedł Tusk, głosząc hasło „nie róbmy polityki, budujmy mosty”, forsując drobne, niemal ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Leszek Jażdżewski – politolog, publicysta, redaktor naczelny kwartalnika „Liberté!”, jeden z założycieli łódzkiego intelektualnego salonu 6 dzielnica. Inicjator i pełnomocnik komitetu inicjatywy ustawodawczej Świecka szkoła. Autor bloga Moja polityka (jazdzewski.blog.polityka.pl).