POLITYKA

Czwartek, 17 sierpnia 2017

Polityka - nr 31 (3121) z dnia 2017-08-02; s. 12-14

Temat tygodnia

Wojciech Szacki

Ręka w rękę

Zimna wojna prezydenta z Kaczyńskim, gorąca z Ziobrą – oto jak wygląda krajobraz w obozie władzy po wecie do ustaw sądowniczych.

Podwójne weto Andrzeja Dudy do ustaw sądowniczych przypadło na poniedziałek, dzień dyżurów poselskich. Posłanka PiS: – Wisiały u mnie dwa plakaty Dudy z kampanii prezydenckiej. Moi współpracownicy spojrzeli na nie, potem na mnie. Kiwnęłam głową. Zdjęli plakaty, na ich miejsce zawiesili nowe, z Janem Pawłem II i Piłsudskim.

Ta niemal filmowa scena więcej mówi o przełomie w relacjach prezydenta z partią rządzącą niż gorączkowe narady na Nowogrodzkiej. I na pewno więcej niż zaklęcia z rozsyłanych do posłów przekazów dnia: „Nie ma wojny na górze. Prezydent ma konstytucyjne uprawnienia do tego, co zrobił”.

Nie ma mowy o ustawce, tajnym porozumieniu Nowogrodzkiej i Pałacu, na czym miałby skorzystać zarówno prezydent (zrywając z wizerunkiem notariusza), jak i prezes (dzięki wygaszeniu protestów w obronie sądów). – Duda wszedł na drogę Kazimierza Marcinkiewicza – ocenia szeregowy poseł PiS.

Do tej pory strzelbę miał Jarosław Kaczyński. Teraz wszyscy strzelają do wszystkich – oceniał tuż po wecie jeden z ministrów. Teraz niby się trochę uspokoiło, czemu sprzyjają wakacje parlamentarne, ale z puzzli prezesa wypadł jeden ważny i niezastępowalny element.

Przyznał to zresztą półgębkiem Kaczyński, gdy kilka dni po wecie udzielił wywiadu TV Trwam i Radiu Maryja. „W ciągu 20 miesięcy opozycji nie udało się doprowadzić do sytuacji, która stwarzałaby niebezpieczeństwo przełomu, a dzisiaj, niestety, takie niebezpieczeństwo powstało. To był bardzo poważny błąd” – powiedział.

A zatem prezydent nie tylko postawił się Kaczyńskiemu, nie tylko zablokował kluczowe ustawy, lecz i pomógł „totalnej opozycji”. To koniec pewnego etapu.

By zrozumieć, jak ważne były te ustawy – niekonstytucyjne, łamiące kręgosłup sądownictwu i wprowadzające czystkę w KRS i Sądzie Najwyższym – wystarczy wrócić do znanych od lat tez Kaczyńskiego. Niemożliwa jest, powiada prezes, przebudowa państwa i jego dekomunizacja bez starcia z prawnikami stojącymi na straży III RP. Rozwinięta w orzecznictwie Trybunału Konstytucyjnego – i wspierana przez sędziów SN – doktryna państwa prawnego stoi w sprzeczności z będącą rdzeniem tożsamości PiS chęcią „szarpnięcia cuglami”. Weto było podstawieniem nogi biegaczowi na ostatniej prostej. A ściślej dwóm biegaczom, bo głównym beneficjentem ustawy o SN miał być Zbigniew Ziobro.

Nerwowo w PiS

Ruch Dudy był dla PiS totalnym zaskoczeniem. Kilka dni wcześniej Ziobro radził, by opowieści o wecie włożyć między bajki. Z jego ust padły przykłady Aleksandra Kwaśniewskiego i Bronisława Komorowskiego, którzy nigdy nie zawetowali istotnych rządowych reform. W niedzielę dobrze zazwyczaj poinformowany polityk z otoczenia Kaczyńskiego zapewniał, że w najgorszym razie Duda pośle ustawę do Trybunału.

Po decyzji prezydenta na Nowogrodzką zjechała wierchuszka PiS. Szefowi klubu Ryszardowi Terleckiemu wyrwało się, że przez Dudę „układ” zyskał „chwilową przewagę”. Nawet bliski prezydentowi Mateusz Morawiecki powiedział, że weto było „rozczarowaniem”.

Z siedziby PiS docierały pogłoski o dodatkowym posiedzeniu Sejmu – posłowie zostali uprzedzeni o takiej możliwości – a także zmianach w rządzie, a nawet przyspieszonych wyborach. Część polityków PiS namawiała ponoć Kaczyńskiego, by zastąpił Beatę Szydło. – Byłem na Nowogrodzkiej, wyglądało trochę jak po wybuchu bomby – relacjonuje rozmówca POLITYKI.

O 15.30 posłowie PiS dostali przekaz dnia, swoistą ściągawkę pomagającą w kontaktach z mediami. Wyziera z niej bezradność: „Jesteśmy zdziwieni i zaskoczeni. Postulaty zgłoszone przez Pana Prezydenta zostały spełnione. Decyzja była prerogatywą Głowy Państwa, ale budzi nasze zdziwienie. Zastanawiamy się nad dalszymi działaniami. Jest za wcześnie, by dziś coś deklarować”.

Istotnie, strategia dopiero się kluła. Kaczyński wysłał do Dudy trójkę emisariuszy. O godz. 16 w Belwederze stawili się Szydło oraz marszałkowie – Marek Kuchciński i Stanisław Karczewski. Namawiali prezydenta do zmiany decyzji, ale nie to było prawdziwym celem misji. Kaczyński, wysyłając troje partyjnych podwładnych – i trzy z czterech formalnie najważniejszych osób w państwie – chciał pokazać, że to on wciąż pociąga za sznurki. Przy okazji zamierzał sprawdzić lojalność premier, przekonać się, że w chwili próby Szydło nie stanie przy Dudzie. Jednoczesny bunt prezydenta i premier mógłby zdmuchnąć rządy PiS.

Wysłannicy wrócili na Nowogrodzką z niczym. Rzecznik prezydenta Krzysztof Łapiński w TVN24 oznajmił, że decyzja prezydenta jest niewzruszona.

Wieczorem widzowie obejrzeli pojedynek na orędzia. TVP stanęła przy Kaczyńskim, emitując jako pierwsze wystąpienie Szydło, utrzymane w konfrontacyjnym wobec prezydenta tonie. Premier ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]