POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 46 (3085) z dnia 2016-11-08; s. 17-19

Polityka

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Repolonizacja, czyli ile Polski w Polsce

Hasło repolonizacji współgra z nacjonalistycznymi nastrojami części społeczeństwa. Ale przede wszystkim jest politycznym instrumentem PiS, który ma poszerzać władzę tej partii i jej wpływy.

Repolonizacja, jeśli wysnuwać wnioski z wielu wypowiedzi polityków PiS i głosów prawicowych publicystów, ma w tej chwili dwa główne znaczenia. Po pierwsze, oznacza „przywrócenie polskości” w gospodarce i mediach, bo jak wiadomo „kapitał ma narodowość”, wbrew obłudnym twierdzeniom neoliberałów. Zarazem jednak wyraźnie nie chodzi o wykupienie firm, banków, stacji telewizyjnych i wydawnictw z rąk zagranicznego kapitału prywatnego przez polski, narodowy kapitał prywatny. Polski biznes jest na to ogólnie za słaby, a nawet gdyby znalazła się wystarczająco duża prywatna korporacja, to właśnie jako duża byłaby dla PiS progowo podejrzana, bo partia ta lansuje „małych i średnich przedsiębiorców” jako wzorcowy przykład „patriotycznego”, bo łatwego do politycznej kontroli, biznesu.

Repolonizacja oznacza więc de facto nacjonalizację drogą wykupu przez spółki Skarbu Państwa. To załatwia dwie rzeczy jednocześnie: ograniczenie zachodniego (zwłaszcza niemieckiego) kapitału w Polsce, a zarazem powiększenie udziału tej sfery gospodarki, gdzie wpływy i stanowiska podlegają ścisłej reglamentacji ze strony partii rządzącej. Taka repolonizacja sprowadza się więc w praktyce do powiększania wpływów politycznego dysponenta, który „zarządza dystrybucją polskości”. Np. w mediach.

„Czyj punkt widzenia przedstawiają gazety z kapitałem zagranicznym, na pewno polski? – pytała w TV Republika Elżbieta Kruk, posłanka PiS. – Dlaczego tak wielu polityków i publicystów tak zaciekle broni interesu niemieckiego, a nie polskiego?”. Inna posłanka tej partii Barbara Bubula zauważa w wywiadzie dla wPolityce.pl: „Można przy pomocy obecnego prawa jak i poprawienia go w duchu standardów europejskich spowodować, że nie będzie już w mediach przewagi głosów, które nie reprezentują polskiej racji stanu”.

Pomijając już typowe dla PiS insynuacje zawarte w wypowiedziach posłanek specjalizujących się w mediach, trudno nie potraktować tych wynurzeń jako zapowiedzi prób repolonizacji tychże mediów. Zwłaszcza że Elżbieta Kruk dodaje w tym samym wywiadzie, że wykup może przebiegać „różną drogą” i „może się zdarzyć, że trzeba będzie po prostu wycofać się z rynku”.

Po drugie, repolonizacja oznacza nieustanne separowanie się i mentalne opuszczanie Unii Europejskiej. Z tego punktu widzenia, na przykład, walka PiS z Trybunałem Konstytucyjnym czy z sądownictwem to nic innego jak „repolonizacja prawa”. Kiedy Jarosław Kaczyński ogłaszał w Krynicy, w obecności Viktora Orbána, „kulturową kontrrewolucję”, to też miał na myśli rodzaj repolonizacji (oraz „remadziaryzacji”, gdy chodzi o Węgry) sfery kultury, obyczajów, widzenia historii, cywilizacyjnych standardów, miejsca religii w państwie itd.

Nawet w niedawnej kłótni o Muzeum II Wojny Światowej chodziło w gruncie rzeczy o to samo: prawicowi krytycy koncepcji prof. Machcewicza zarzucali mu, że muzeum w jego rozumieniu za mało przedstawiało polski punkt widzenia na rzecz uniwersalistycznego przekazu o okropnościach wojny zwłaszcza dla ludności cywilnej. Druga wojna w tym ujęciu jawiła się tym krytykom jako zbyt abstrakcyjne memento dla Europy i świata, a za mało – czysto polskie doświadczenie. Ogólnie chodzi o to, że repolonizacja ma być postawą polityczną, w której Unia Europejska jako dzisiejsza wersja Zachodu jest traktowana jako twór zewnętrzny, w zasadzie wrogi, któremu nie wolno ufać i z którym trzeba twardo pertraktować, z góry zakładając złą wolę partnerów. Świadomość, że Polska jest integralną częścią Unii, więc negocjuje po części sama ze sobą, ma być rozmywana i unieważniana. Polska jest w Unii po pieniądze, a do reszty Bruksela ma się nie wtrącać. Tę myśl, idealnie wpasowującą się w myślenie PiS, sformułował z kolei premier Viktor Orbán.

Repolonizacja jest zatem w swojej najgłębszej istocie wyłączaniem się ze wspólnoty zachodniej na rzecz „powrotu do tożsamości”, co oznacza w praktyce szukanie antyzachodnich sojuszy słabszych i pokrzywdzonych. Przy skrajnej nieufności rządzącej w Polsce prawicy do Niemiec, ostatnio także Francji, repolonizacja oznacza powrót na swojski wschód, z mrzonkami o byciu liderem drugiej europejskiej ligi, którego to przywództwa żaden kraj środkowowschodniej Europy notabene nie chce, bo ma własne polityczne interesy oraz specyficzne w każdym przypadku (lepsze zresztą niż Polska) relacje z Rosją.

Wezwanie do „repolonizacji” zostało właśnie podbudowane intelektualnie i programowo przez wydawnictwo Biały Kruk, wokół którego – jak można przeczytać – zbiera się środowisko, które to niedawno uhonorowało Antoniego Macierewicza tytułem Patrioty Roku 2016. Teraz Biały Kruk wydał zbiorowe dzieło właśnie pod tytułem „Repolonizacja Polski”. Jest to swoista kontynuacja książki z 2014 r. „Wygaszanie Polski”, o której pisaliśmy (POLITYKA 17/15) – to taka boczna nitka pisowskiej narracji, gdzie myś...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]