POLITYKA

Czwartek, 22 czerwca 2017

Polityka - nr 16 (3107) z dnia 2017-04-19; s. 6

Ludzie i wydarzenia / Przy-pisy Redaktora Naczelnego

Jerzy Baczyński

Rollercoaster

Już niedługo minie półtora roku, odkąd partia o nazwie Prawo i Sprawiedliwość zaprosiła nas do swojego wesołego miasteczka na rollercoaster. I jedziemy – w górę i w dół, na wprost i do góry nogami, od grozy do histerycznego śmiechu. Część pasażerów wciąż ma frajdę, ale większości robi się już niedobrze. Zwłaszcza że wygląda, jakby kolejka przyspieszała. Niestety, proszę państwa, wysiąść nie można, bo bilet został wykupiony na cztery lata. I albo wcześniej zatrą się kółka i to szaleństwo zwolni, albo całą przeciążoną konstrukcję szlag trafi i będzie piękna katastrofa.

Tegotygodniowe zapiski z podróży rollercoasterem zacząć trzeba w punkcie grozy. Projekt ustawy dającej ministrowi sprawiedliwości Zbigniewowi Ziobrze pełnię władzy nad prezesami sądów wszystkich instancji (s. 8) jest równoznaczny – jak zgodnie mówi niemal całe środowisko prawnicze – z likwidacją w Polsce niezależnego sądownictwa. Nie chodzi tu o jakieś subtelności organizacyjne czy kompetencyjne, o których można by dyskutować; ten projekt w ogóle nie zmierza do żadnego usprawnienia sądów; cel jest jasny jak wybuch bomby termobarycznej – władza, kiedy będzie potrzebowała, chce mieć wpływ na treść wydawanych wyroków. Tyle. I daje sobie narzędzia, żeby to wyegzekwować. Ale jawne łamanie konstytucji ma także pewien dodatkowy mroczny aspekt. To sposób rozprawiania się ze, stawiającym opór, środowiskiem sędziowskim przy pomocy służb specjalnych. Mamy tu przykład, jak działa, opisywany przez nas jeszcze na etapie projektowania, „ciąg technologiczny” pisowskiej władzy.

W tym numerze wracamy do historii sędziego Łączewskiego (to ten, który niegdyś skazał na więzienie dzisiejszego szefa służb Mariusza Kamińskiego). Ileż wokół niego tajemniczych zdarzeń, incydentów, prowokacji, prób zastraszania. Albo, opisywany przez nas niedawno, przypadek innego, wyjątkowo uprzykrzonego dla władzy, sędziego, rzecznika KRS Waldemara Żurka? Ponieważ nie można go było dopaść ani od strony deliktów służbowych, ani lustracyjnych (bo za młody), CBA zupełnie otwarcie zabrała się za przeczesywanie jego spraw osobistych. Zgodnie z konstrukcją ciągu technologicznego każde znalezisko (np. skomplikowane sprawy alimentacyjne; teraz jakieś nieścisłości w oświadczeniach majątkowych) od razu trafiało do „Wiadomości” TVP i tabloidów, z obowiązkowym komentarzem o ogólnej patologii korporacji sędziowskiej, a sędziego Żurka w szczególności. Za moment podobny mechanizm może wciągnąć każdego.

PiS tak zmienił prawo, iż służby specjalne – tysiące funkcjonariuszy – znalazły się praktycznie poza jakąkolwiek zewnętrzną kontrolą. W tej sytuacji trzeba, niestety, założyć, że setki agentów zajmują się dziś rozpracowywaniem wrogów władzy i szukaniem, jak mówiło się w czasach sowieckich – „kompromatów”. A minister sprawiedliwości, jako prokurator generalny, przyznał sobie prawo swobodnego podejmowania śledztw i ujawniania dowolnych materiałów. Warto przypomnieć, jak niedawno dobierano się do organizacji pozarządowych, ogłaszając jakieś rzekome porażające sieci powiązań, z czego poza pomówieniami i planem ograniczenia ich aktywności (czytaj s. 20) nic się nie ostało. Do domknięcia ciągu technologicznego, który pozwoli na rozprawianie się z wrogimi jednostkami i środowiskami, dziś brakuje jeszcze dyspozycyjnych sędziów. Widzimy, że ten moduł jest właśnie dokładany, pytanie tylko, czy władza naprawdę zamierza przekroczyć czerwoną linię oddzielającą groźby od czynów? I czy sama wcześniej się nie skłóci, poróżni, zaplącze we własne sieci ambicji, urazów, interesów, lęków? Bo groza tej władzy jest organicznie splątana z jej rozgorączkowaniem, chaotycznością, jakąś niepowagą.

To znakomicie widać w tzw. aferze Misiewicza. Zajmujemy się nią obszerniej (s. 12), bo przy całej komiczności występujących tu postaci i wygłaszanych przez nie kwestii (jedna z najśmieszniejszych: „Pani premier uważa, że zachowanie pana Misiewicza było naganne i wymaga potępienia” – rzecznik rządu) mamy do czynienia z bardzo poważnym kryzysem państwa PiS. Jakiekolwiek będzie tymczasowe rozwiązanie – od wyciszenia sprawy do dymisji Macierewicza – zapowiada się wojna na górze. Macierewicz, drwiąc tyle czasu z połajanek Kaczyńskiego albo wiedział, co robi, i był gotów na konfrontację z partyjnymi rywalami (a nawet z samym prezesem), albo jest nieobliczalnym politycznym amatorem i zadufkiem. W obu przypadkach będzie ciąg dalszy kryzysu. Wariant, że Macierewicz przełknie krzywdę swojego złotego chłopca (który otrzymał jakiś nielegalny „wilczy bilet”), rozpad budowanego z nadęciem autorytetu „naczelnego wodza”, podszczypywania ze strony Andrzeja Dudy, kpiny części prawicowych mediów i inne publiczne upokorzenia, wydaje się mało realny. Towarzystwo biorące udział w tej rozgrywce wielokrotnie demonstrowało swoją pamiętliwość i mściwość. Więc gra się raczej musi ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]