POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 11 (2696) z dnia 2009-03-14; s. 90-91

Świat

Witalij PortnikowJerzy Malczyk  [tłum.]

Rosja pikuje

Putinowska klasa średnia traci na kryzysie. I zaczyna dostrzegać, że władza, którą dotąd wspierała, nie radzi sobie z problemami kraju staczającego się w przepaść.

Kabina samolotu w drodze powrotnej do Moskwy. Gdy tydzień wcześniej tą samą maszyną leciałem do jednej z europejskich stolic, miałem wrażenie, że siedzę wśród beztroskich ludzi sukcesu. Nawet fakt, że samolot nie był pełen, nie zmusił mnie, bym pomyślał o problemach, jakie mogą mieć ci, którzy nie polecieli. Traf sprawił, iż wśród pasażerów powrotnego rejsu jest wielu spośród tych, z którymi leciałem z Moskwy. Pasażerowie wymieniają się nowinami.

Nagle okazuje się, że wszyscy mają podobne problemy. Ktoś z trudem zdołał zabrać pieniądze z banku, który wydawał się tak stabilny. Ktoś zbyt długo trzymał oszczędności w rublach i stracił część pieniędzy, bo uwierzył w zaklinania władz, iż waluta wkrótce się odbije. Jeszcze ktoś żyje z tzw. renty mieszkaniowej – wynajmuje odziedziczone po babci duże mieszkanie w centrum rosyjskiej stolicy i teraz boi się, że gwałtownie spadające ceny zburzą jego dobrobyt.

Nieźle ubrana kobieta, wyglądająca na bizneswoman lub urzędniczkę bankową, z goryczą mówi: – Dlaczego tak się dzieje? Nasi rodzice ciężko pracowali, tracili zdrowie i niczego nie zdołali nam zostawić. Teraz my całe świadome życie poświęciliśmy na zarabianie pieniędzy, próbowaliśmy je prawidłowo ulokować i znów niczego nie zostawimy naszym dzieciom! Właśnie to jest istotą tego rozczarowania odczuwanego dzisiaj przez wielu spośród tych, którzy osiągnęli sukces w putinowskiej Rosji.

Jeszcze wczoraj przekonywali swoich zagranicznych rozmówców, że nie warto zwracać uwagi na oderwaną od rzeczywistości władzę. Na tromtadracką propagandę, która pod względem poziomu postrzegania realiów zbliża się do tej z czasów ZSRR. Na próby pisania historii od nowa. Dzisiaj widzą, jak złudny był cały ten ich dobrobyt – oszczędności topnieją, nieruchomości, w które wielu zainwestowało, tanieją, jeśli nie oni sami, to ich bliscy tracą pracę.

Na dodatek władza, na którą starali się nie zwracać uwagi, okazała się całkowicie niezdolna do reagowania na problemy gospodarcze staczającego się w przepaść kraju. A telewizja, której starali się nie oglądać, nadal opowiada, że wcale nie jest tak źle. I można by uwierzyć, iż naprawdę nie jest, gdyby nie ta natrętna myśl: czy rzeczywiście – tak jak ich rodzice – nie będą mieli czego zostawić dzieciom? Powstała niedawno rosyjska klasa średnia przegrała.

Żyzną glebą rosyjskiej klasy średniej była Moskwa. Podobnie jak w czasach radzieckich władze głównie budowały witryny. W rezultacie miasto, które pamiętam jako w pełni nadające się do życia, a nawet przytulne, pomijając przytłaczającą stalinowską architekturę i nieznośny klimat, stało się przeludnioną metropolią ze źle rozwiniętą infrastrukturą, niekończącymi się korkami, wypadkami, przepełnionym metrem, smogiem.

Mimo to do Moskwy codziennie przyjeżdżały tysiące mieszkańców z prowincji w nadziei na znalezienie pracy, zarobienie pieniędzy, wyjście z nędzy i urządzenie osobistego życia. I znajdowali, zarabiali, wychodzili i urządzali. Na sukcesie tych ludzi budowały swój dobrobyt setki tysięcy moskwian niemających tak silnego instynktu przetrwania. Wynajmowali im mieszkania i garaże, otwierali dla nich kawiarnie i restauracje, w których do pracy przyjmowali kolejnych przybyszów z prowincji lub gastarbeiterów z Azji Środkowej.

Wraz z kryzysem ten mechanizm się posypał. Tysiące przybyszów z prowincji, utraciwszy pracę, ruszyło z powrotem w rodzinne strony – tam przynajmniej mają dach nad głową, nie muszą co miesiąc płacić tysięcy dolarów za marne mieszkanie. Tysiące moskwian, otrzymujących mizerne wynagrodzenia i żyjących z renty mieszkaniowej, zostały bez środków do życia. Tysiącom sklepów spadły dochody i zmuszone są zwalniać pracowników. Podobnie jest w bankach, restauracjach, kawiarniach i innych miejscach.

Jak na to reagują moskwianie? Wielu po prostu nie rozumie, co się dzieje. Byłoby naiwnością twierdzić, że ludzie uwierzyli państwowej telewizji. Od początku nowego tysiąclecia Rosjanie żyli w przedziwnym stanie autohipnozy – z takim pacjentem łatwo się pracuje każdemu państwowemu hipnotyzerowi. Wizję szczęśliwego życia podpierało kilka tez. Pierwsza: że ropa naftowa i gaz ziemny będą tylko drożeć.

Jednym z Rosjan, którzy szczerze w to wierzyli, był najskuteczniejszy menedżer wszystkich czasów i narodów Władimir Putin. Niedawno, na tle gwałtownie spadających cen ropy i gazu, ogłosił, iż epoka taniej energii dobiegła końca. Tego samego zdania byli praktycznie wszyscy eksperci od rosyjskiej gospodarki. Tłumaczyli, że na świecie stale rośnie konsumpcja, więc wzrasta też wydobycie. A to oznacza, iż potrzebne są nośniki energii. Więc nie ma co się martwić chwilowymi spadkami cen.

Druga teza: że rubel jest stabilną walutą ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]