POLITYKA

Sobota, 19 sierpnia 2017

Polityka - nr 4 (3095) z dnia 2017-01-25; s. 12-14

Polityka

Rafał Kalukin

RozKODowani

Wystarczył rok z okładem, aby z KOD, obywatelskiego zrywu demokratycznej Polski, zrobiło się polskie piekiełko. Kłótnie o władzę i pieniądze, przecieki do mediów, oskarżenia o zdradę, tropienie agentów wroga, widmo rozłamu. Czy KOD może się jeszcze uratować?

Ruch, który miał być spadkobiercą KOR, a może i nową Solidarnością, wygląda dziś jak upiorna karykatura partii politycznej. I to takiej amatorskiej, jak w latach 90. A gdy Mateusz Kijowski podsumował zawirowania ostatniego tygodnia facebookowym wpisem „I chcę, i muszę” (utrzymać stołek szefa KOD), zrobiło się naprawdę swojsko.

Podróż po piekiełku należałoby rozpocząć od ustalenia źródeł awantury. Kto i dlaczego puścił w obieg faktury Kijowskiego? To od nich zaczęła się cała awantura. Ale wiadomo tylko tyle, że nikt nic nie wie na pewno. Słychać wyłącznie spekulacje. Zwolennicy Kijowskiego, czyli „murarze” (od internetowej akcji „Murem za Mateuszem”), wskazują byłego już rzecznika KOD Piotra Chaborę. Miał dopuścić do bałaganu w finansach stowarzyszenia, co wyszło na jaw pod koniec ubiegłego roku, kiedy dopuszczono do rozliczeń profesjonalną firmę księgową. Podrzucając mediom faktury Kijowskiego, Chabora ponoć liczył na „przykrycie” własnych przewin.

A poza tym – twierdzą „murarze” – Chabora ma na sumieniu jeszcze poważniejszy grzech. W czerwcu ubiegłego roku, gdy KOD formalizował się jako stowarzyszenie, skarbnik dostał zadanie złożenia w sądzie wniosku o rejestrację. I twierdził, że złożył. Latem niektóre regiony zdążyły już nawet przeprowadzić zjazdy wyborcze, które potem trzeba było unieważniać. Bo we wrześniu wybuchła bomba: wniosku w sądzie nie ma!

Chabora się kajał i tłumaczył, że to niedopatrzenie. Stanowisko utrzymał. Dopiero gdy wyciekły faktury, pojawiły się podejrzenia o sianie dywersji. Krążących w KOD wersji, komu służy skarbnik, jest więc bez liku. Radomirowi Szumełdzie, wiceszefowi Komitetu i oponentowi Kijowskiego, którego ambicje przywódcze są powszechnie znane? Platformie albo Nowoczesnej pragnącym zmarginalizować konkurencję? Służbom specjalnym nasłanym przez PiS?

Z kolei przeciwnicy Kijowskiego zwani „żołnierzami” (nie bardzo wiadomo dlaczego) bronią Chabory. Dowodzą, że bałagan w rachunkach nie był aż taki straszny. Zresztą to właśnie skarbnik akceptował nieszczęsne faktury i zlecał przelewy na konto firmy Kijowskiego. Po cóż miałby kablować przy okazji i na samego siebie? Może więc – można usłyszeć od „żołnierzy” – zakablował… sam Kijowski. Przecież wiedział, że nie utrzyma tych faktur w tajemnicy. Że wcześniej czy później one wypłyną. A skoro już za dwa miesiące zjazd wyborczy KOD, to lepiej niech stanie się to wcześniej. Afera potrwa kilka dni i przyschnie, tak jak wcześniej przyschła historia z alimentami. „To oczywiście tylko hipoteza, panie redaktorze”.

Efekt gabinetu krzywych luster potęguje to, że o źródłach zarobkowania Kijowskiego dosyć swobodnie plotkowano w KOD od wielu miesięcy. Przyjmując zresztą za pewnik, że „jakaś kasa” przewodniczącemu spływa. Całymi dniami haruje na rzecz ruchu, a przecież człowiek musi z czegoś żyć. Pewnie byłoby lepiej, gdyby zarabiało się oficjalnie, ale – wiadomo – temat jest śliski. Bo propaganda PiS i brukowce tylko czekają, aż będzie można wrzucić narrację o „korycie”. Odsuwano więc sprawę pensji na bliżej nieokreśloną przyszłość.

Ale w takim razie publicznie demonstrowany szok przeciwników Kijowskiego po ujawnieniu faktur wydaje się nieco uteatralniony. Więc może to nie o pieniądze tak naprawdę poszło?

Hierarchia czy sieć?

Należałoby więc wrócić do dnia 18 listopada 2015 r., kiedy zbulwersowany atakiem PiS na Trybunał Konstytucyjny dawny opozycjonista Krzysztof Łoziński opublikował w internecie krótki apel o potrzebie powołania wzorowanego na KOR Komitetu Obrony Demokracji. Nazajutrz bezrobotny informatyk z Warszawy Mateusz Kijowski otrzymał od znajomej maila z linkiem do tekstu i dopiskiem „zrób z tym coś”. Zgodnie z rutyną użytkownika mediów społecznościowych skopiował link na swoim facebookowym profilu i do tego założył grupę KOD. Nie mógł przypuszczać, że tych kilka kliknięć odmieni jego życie. A także życie publiczne Polski w pierwszym roku rządów PiS.

Bo grupa KOD na Fejsie niemal natychmiast zaczęła się rozrastać do monstrualnych rozmiarów – pokazując, że w upokorzonej wyborczymi klęskami liberalnej Polsce duch nie zginął. Obserwując bezradność parlamentarnej opozycji, niechętne publicznemu zaangażowaniu mieszczuchy z klasy średniej poczuły nagle potrzebę wzięcia sprawy w swoje ręce.

W tamtych dniach wszystko odbywało się na wariackich papierach. Internetowe trolle prawicy natychmiast zaatakowały; zaroiło się od fałszywych kont oraz hakerskich ataków. Kijowski ściągnął do obrony znajomych informatyków. Ale nad wyodrębnianiem się społeczności kodowskich poza Warszawą nie mógł już zapanować. Przeważnie było więc tak, że kto pierwszy dodzwonił się do Kijowskiego, ten zostawał pełnomocnikiem Komitetu w swoim mieście. Tak ukształtowana grupa inicjatywna od razu spotkała się w Warszawie, przekraczając granicę dzielącą świat wirtualny od realnego. Już wtedy postanowiono, że trzeba będzie sformalizować sieciową ławicę w ramach stowarzyszenia. Choć gdyby ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]