POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 29 (2714) z dnia 2009-07-18; s. 79-81

Świat

Marek OstrowskiŁukasz Tarnowski  [wsp.]

Rozpędzony smok

Kryzys? Fabryki samochodów GM w Chinach liczą w tym roku na pobicie rekordu produkcji.

Osiem minut. Tyle trwa podróż z centrum 18-milionowego Szanghaju na lotnisko. Kolej na poduszce magnetycznej – bez najmniejszych drgań – rozwija prędkość do 431 km/godz. Dworzec z miejskim metrem łączą schody ruchome, a metro w Szanghaju ma zamiar – jeszcze przed Expo 2010 – wybudować 29 nowych stacji, bo dotychczasowe 171 to widocznie za mało. Metro zaczęto kopać dopiero w 1995 r., ale w przyszłym roku będzie miało 200 stacji i chyba ze 300 km. Jesteśmy w innym świecie, to Azja XXI w.

Pamiętam mieszkanie z rodzicami w jednym pokoju z czarnobiałym telewizorem – mówi W., informatyk pracujący w pekińskim radiu. Przy kosztach utrzymania dużo niższych niż w Polsce zarabia około 1,5 tys. dol. Komunistyczne Chiny obchodzą w tym roku 30-lecie rewolucyjnej reformy Teng Siao-pinga, opartej na starym przysłowiu: nieważne, czy kot jest biały czy czarny, byleby łapał myszy. I dla W., i dla setek milionów jego rodaków widoczny w miastach postęp jest wystarczającą legitymacją władzy. Pekin stał się imponującą witryną zachodniej architektury. Do Ptasiego Gniazda Normana Fostera i Basenów Olimpijskich trzeba odstać w kolejce za biletami; po drodze na lotnisko – jak na wystawie budowlanej – jedziemy wśród szpaleru biurowców rozmaitych kolorów i kształtów. Nowość: wielokilometrowe korki na każdej z sześciu obwodnic miasta. I Pekin przestał być tani. Ze 104 miasta na świecie skoczył na 26 w poziomie drożyzny i prześcignął Hongkong, znany z wystawności. Oczywiście mowa o poziomie cen dla biznesu (badanie obejmuje ceny 125 towarów i usług, potrzebnych zagranicznym biznesmenom, przeprowadzane jest w 370 miastach na świecie). Komunizm może był ideologią dzieci Mao, biznes jest ideologią dzieci Teng Siao-pinga.

Polski dyplomata wspomina, jak przed 30 laty delegacjom z Warszawy pokazywano makiety przyszłego Szanghaju; nasi delegaci uśmiechali się po kątach, bo aż za dobrze znali socjalistyczne planowanie. Chińczycy jednak zbudowali to, co zaprojektowali, łącznie z koleją maglev na lotnisko. Cóż, to woluntarystyczna dyktatura! Jej skutki widać najbardziej w drogownictwie. Chińskie przysłowie mówi: jak chcesz zrobić coś ważnego, zbuduj najpierw drogę. W okolicach Siningu, na Wyżynie Tybetańskiej, autostrady są gładkie jak stół. Mało kto nimi jeździ, nawet mało kto umie, trzeba trąbić na inne samochody, które czasem zatrzymują się pośrodku drogi. Ale drogi są i mają ściągać inne inwestycje.

Krwawa rozprawa policji z muzułmanami w prowincji Sinkiang przypomina o ciemnej stronie medalu. Ale w Szanghaju czy w Pekinie można sądzić, że zacofany Sinkiang leży na księżycu czy gdzieś po drugiej stronie oceanu. Poza tym mniejszości etniczne w Chinach to 100 mln ludzi, a całe Chiny liczą miliard i 300 mln mieszkańców. Wreszcie, co najważniejsze, wielka reforma nie narusza systemu. To tabu, o którym mówią tylko nieliczni. – Wiemy, że polityka nie nadąża za rozwojem gospodarczym. Nie ma ludzi zadowolonych z polityki – mówi mój mentor. – Ale panuje rodzaj niepisanej umowy społecznej. Chiny są za wielkie, by ryzykować eksperymenty systemowe. Absolutne pierwszeństwo ma stabilizacja. Bez stabilizacji nie posuwalibyśmy się naprzód.

No więc mamy rozwój kontrolowany. Na lotnisku paszport kontrolują chyba z siedem razy, w tym przynajmniej raz jest skanowany razem z biletem, dane trafiają do komputera. Policja na szlaku turysty jest wszędzie widoczna. Zwłaszcza w Pekinie, gdzie kamera filmowa ściąga policję w 20 sek., mimo że w dzień powszedni na sennym placu nic się nie dzieje. Kiedy na dworcu w Siningu usiłowałem sfotografować peron kolei tybetańskiej do Lhassy, zleciało się kilku mundurowych. Uprzejmi, ale stanowczy. Młodzi Chińczycy są niezwykle przyjaźni. Starają się znaleźć kogoś, kto rozumie po angielsku. Kilka razy zupełnie przypadkowe, obce osoby nadłożyły drogi, żeby pomóc. Bo na przykład w wielkim Szanghaju można się zgubić na amen. Taksówkarze zwykle nie rozumieją nawet najprostszych obcych zwrotów: hotel czy dworzec albo prom – zero kontaktu. Nawet karteczki po chińsku nie chronią przed kołowaniem taksówką po mieście. Jeśli po wyjściu z metra nie wiesz sam, w którą stronę iść, to uważaj. Zwykle nawet młodzież nie wychodzi poza „sorry”.

Ale sami Chińczycy coraz więcej podróżują. Z badań wynika, że liczba turystów rośnie szybciej niż gospodarka, bo 14 proc. rocznie, a trzy czwarte chce zobaczyć „kapitalistyczne” Chiny, to jest Hongkong albo Macao. Zwłaszcza Hongkong jest adresem magicznym. Kiedy Pekin – przy aklamacji wszystkich Chińczyków (bo patriotyzm i duma idą przed „komunizmem”) – odbierał Hongkong Brytyjczykom, spekulowano, że przyjmie ziemie odzyskane jako laboratorium ustrojowe dla całych Chin. Naukowcy chińscy badali podobno rozwój i Hongkongu, i demokracji tajwańskiej, i rozpad ZSRR, i ustroje wybranych krajów Azji. Dziś nic o tym nie wiadomo. Wiadomo tylko, że naukowcy cieszą się pewną swobodą, bo ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Wiek XXI erą Chin? Przekonaj się sam, oglądając fotoreportaż z Państwa Środka na: www.polityka.pl/oczy