POLITYKA

Poniedziałek, 24 lipca 2017

Polityka - nr 26 (3065) z dnia 2016-06-22; s. 19-21

Polityka

Jacek Żakowski

Rządzenie przez dzielenie

Politycy robią, co mogą, żeby ustawić nas wzdłuż frontów, które są dla nich wygodne. Dlatego tworzą problemy, zamiast je rozwiązywać. I zamiast nas łączyć – dzielą. Nie możemy im na to pozwalać.

Referendum secesyjne podzieliło Brytanię tak, jak referendum akcesyjne kiedyś podzieliło Polskę. Secesja brytyjska jest oczywistym gospodarczym i politycznym absurdem, tak jak polska akcesja była historycznie oczywistą oczywistością. Ale oba referenda były potrzebne politykom. I podobnie jak wiele sztucznie tworzonych bytów zaczęły żyć własnym życiem.

Decyzja w sprawie referendum secesyjnego nie miała wiele wspólnego z secesją. Cameronowi szło o lepszą pozycję Brytanii w negocjacjach z Brukselą, o zepchnięcie do narożnika secesjonistycznego UKIP Nigela Farage’a, który odbierał konserwatystom głosy, i o wzmocnienie pozycji premiera w jego partii. Kiedy jednak referendalny Frankenstein został już przez Camerona stworzony, to zerwał się ze smyczy. I przestał się oglądać na swojego twórcę.

Skoro premier zapytał – każdy, kto chciał się liczyć, musiał udzielić jakiejś odpowiedzi. Więc wszyscy politycy zaczęli kalkulować. Z punktu widzenia polityków i grup politycznych pytanie: zostać czy wyjść?, miało małe znaczenie w porównaniu z pytaniem: za czym się opowiedzieć, czyli być za wyjściem czy za pozostaniem? Dla brytyjskiej klasy politycznej secesja stała się tym, czym dla klasy politycznej w Polsce była najpierw dekomunizacja (z lustracją), potem IV RP, a wreszcie „zamach smoleński” – polaryzującym fantazmatem, tożsamościowo dzielącym wyborców w sposób na tyle angażujący emocje i wyobraźnię, by wykluczyć racjonalne myślenie.

Taki fantazmat ma tę zaletę, że jest wystarczająco nieostry i odległy, by nie trzeba się było wdawać we frakcjonujące społeczeństwo szczegóły. Organizowanie debaty wokół jednego prostego pytania sprzyja budowaniu wielkich obozów politycznych. Jeśli uda się unikać pytań uszczegóławiających, spór polityczny ma cechy konfliktu religijnego. Wierzysz czy nie wierzysz? Chcesz Unii czy nie? Wojna czy kapitulacja? Jesteś za życiem czy za mordowaniem niemowląt? IV RP czy III RP?

Jeśli napięcie wokół wyznaczonego przez fantazmat podziału jest wystarczająco silne, politykę monopolizują dwa potężne obozy, których liderzy nie muszą się tłumaczyć, co zrobią, kiedy zdobędą władzę. Wyborca wybiera swego, bo jest swój – nie z powodu tego, co zrobi. A kto zdobędzie władzę, może z nią robić, co chce. I o to liderom politycznym chodzi. W Polsce przez wiele lat korzystała na tym Platforma. Teraz znacznie bardziej korzysta na tym PiS.

Narzucanie frontu polaryzacji to wielka sztuka cynicznej techniki politycznej. Kto jest w tym bardziej skuteczny, ten odnosi ogromne korzyści. Odnosi je jednak zawsze nie tylko kosztem swoich przeciwników, ale też całego kraju, społeczeństwa i wszystkich obywateli. Bo polaryzacja pociąga za sobą trzy rodzaje kosztów.

Po pierwsze, absolutyzując jakiś jeden dylemat (wyjść z Unii czy zostać?; III RP czy IV RP? itp.), polaryzacja unieważnia inne – także dużo ważniejsze – i uwalnia się od detali. Często do tego stopnia, że nawet nie wiadomo, co jakaś decyzja oznacza (w przypadku polskiej akcesji i brytyjskiej secesji nikt nie miał pojęcia, jakie będą skutki, poza bardzo mglistym kierunkiem, podobnie jak tylko z grubsza wiadomo, w jakim kierunku zmierza IV RP).

Po drugie, w warunkach ostrej polaryzacji władza jest praktycznie nierozliczalna i działa jak monopol. Wie, że dla wyborców decydujące jest tylko polaryzujące kryterium, więc działa byle jak.

Po trzecie – i na dłuższą metę to jest właśnie najgorsze – polaryzacja niszczy normalne relacje społeczne. Nie licząc się ze skutkami, dzieli (i chce dzielić, aby mieć władzę) społeczeństwo w sposób perfidny, wszechogarniający i trwały. Gdy zwycięża spolaryzowany dyskurs mający parareligijny charakter, debaty i argumenty merytoryczne są zastępowane przez argument moralny, a spór polityczny zamienia się w domową wojnę religijną. Miejsce pojęć takich, jak „racja” i „fałsz” oraz „dobro” i „zło”, zastępuje wizja świata podzielonego na „dobrych” i „złych”. To usprawiedliwia wszystko. Nie tylko przemoc fizyczną (czego w Anglii doświadczyła zastrzelona ostatnio laburzystowska posłanka Joe Cox), ale łamanie prawa, zasad, kontraktów, umów, społecznych norm i obyczajów.

Najpierw dzieje się to z umiarem i po cichu (jak w Polsce za rządów PO), a potem ostentacyjnie i już bez hamulców (jak teraz pod rządami PiS). W spolaryzowanym świecie walka ze „złymi” usprawiedliwia z czasem każde zło. Nie tylko w wielkiej polityce, ale też stopniowo w coraz liczniejszych relacjach między normalnymi ludźmi. Dzikość idzie z góry i stopniowo zaraża wszystkich.

To jednak nie dzielące nas różnice tworzą te podziały. To sposób postrzegania różnic narzucony przez ludzi (Cameron, Kaczyński) mających w tym interes. Polaryzacja oznacza, że społeczeństwo zostało zniewolone przez walczące o władzę elity, które narzucił...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]