POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 33 (3123) z dnia 2017-08-16; s. 15-17

Temat tygodnia

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Rzeczpospolita obojga narodów

W Polsce nie ma opinii publicznej w tradycyjnym dla demokracji znaczeniu. Są dwa ideowo-informacyjne obiegi, dwa systemy wartości. W tym sensie nie istnieje już społeczeństwo jako całość. Politycznie korzysta z tego wyłącznie PiS.

Blisko jedna trzecia Polaków uważa, że żyje teraz w najlepszym państwie od 1989 r. albo wręcz w całej historii, wreszcie demokratycznym i polskim, z rozwijającą się w szalonym tempie gospodarką, patriotycznymi wizjonerami u steru władzy. W państwie, które dumnie wstaje z kolan po to, aby stać się regionalnym mocarstwem, budzącym ogólny szacunek i respekt. Pozostali zaś (odliczając tych, którzy w ogóle nie interesują się sferą publiczną) sądzą, że zamieszkują kraj staczający się w stronę wschodniej, prowincjonalnej satrapii, rozdający socjal na kredyt, którego władze likwidują demokrację i przez skłócenie z Europą prowadzą do całkowitego osamotnienia państwa w coraz mniej bezpiecznym świecie.

Te dwa obrazy różnią się tak dramatycznie, że nie ma już jednego języka ich opisu. A jeśli go nie ma, to rozdwojeniu ulegają też normy polityczne, moralne, kategorie dobra i zła. Inaczej jest rozumiany interes narodowy i kwestia suwerenności. Zanika zatem coś niezmiernie w demokracji cennego – opinia publiczna, zbiorowa etyczna intuicja. Praktycznie przestaje istnieć jeden z najważniejszych bezpieczników ustrojowego systemu – w miarę jednolite i powszechnie akceptowane kryteria oceny ludzi i zdarzeń.

Często słyszy się stwierdzenie: w normalnym kraju po „takich” słowach, ekscesach, aferach byłyby od razu zawieszenie, dymisja, infamia, wypadnięcie z politycznego obiegu. Ale nie u nas. Takie opinie pojawiały się na przykład po śmierci młodego człowieka we wrocławskim komisariacie, czy po słynnej „córce leśnika”, po Misiewiczach, mistralach, Berczyńskich i w wielu innych przypadkach. W sprawnie działającym systemie, po tym jak sztandarowe projekty ministra są następnie wetowane przez prezydenta jako niekonstytucyjne, taki minister zwyczajowo powinien przynajmniej oddać się do dyspozycji premiera. Ale w nienormalnym systemie taki szef resortu pozwala sobie na pouczanie głowy państwa – od której dostał przecież nominację – oraz krytyczne, łagodnie mówiąc, uwagi pod adresem prezydenckiego otoczenia.

Nie sposób zawstydzić

Poseł partii rządzącej Stanisław Piotrowicz podczas pamiętnej gorącej sejmowej debaty nad ustawami sądowniczymi powiedział do swoich adwersarzy: „wy nie możecie mnie obrazić”. To było symptomatyczne stwierdzenie: rzeczywiście już nikt nie jest w stanie nikogo obrazić, bo każda strona sporu ma własną etykę, hierarchię norm, własną publiczność i punkty odniesienia. To, co po jednej stronie budzi wstręt, po drugiej wywołuje oklaski. Pojawia się specyficzne otępienie, nic już nie dziwi. Najdziksze polityczne ekscesy żyją w mediach przez kilka godzin, a potem wszyscy pochylają się nad kolejnym „projektem PiS” i z całą powagą rozważają jego zgodność z konstytucją.

Momenty, kiedy opinia publiczna staje się nagle w miarę jednolita, są nieliczne, ale i one pokazują paradoksalnie, na czym polega istota problemu. Tak było ostatnio w przypadku dość obcesowej wypowiedzi Jerzego Owsiaka na temat posłanki PiS Krystyny Pawłowicz. Na animatora WOŚP posypały się gromy ze strony władzy, ale jeszcze bardziej – z formacji liberalnej. Jednak dziesiątki brutalnych, nienawistnych stwierdzeń samej Pawłowicz nie spotkały się nigdy ze zdecydowaną krytyką ludzi z jej politycznego kręgu.

Tak się dzieje, ponieważ PiS zbudował specyficzny kokon, który pracowicie tkał od połowy ubiegłej dekady, a już ze szczególną intensywnością po Smoleńsku, od 2010 r., kiedy doszły jeszcze nitki męczeństwa i uświęcenia. Doprowadziło to nie tylko do powstania wielkiego obozu politycznego, ale także wychowania elektoratu i objęcia nad nim paternalistycznego przywództwa, także do stworzenia nowego kodeksu politycznej aksjologii i słuszności.

Powstała specjalna strefa, gdzie wszystkie grzechy są relatywne, a ich odpuszczenie zależy od opowiedzenia się za linią władzy. Jeżeli postkomunizm jest ogólnie zły, to nie w przypadku tych dawnych funkcjonariuszy PRL i członków monopartii, którzy zostali wpuszczeni do pisowskiego kokonu. Współpracownicy peerelowskich służb – nawet jeśli tylko jest cień takiego podejrzenia – to wrogowie, jednak poza tymi, których PiS zaakceptował. To, co było kiedyś rozdawnictwem posad po uważaniu, teraz jest polityką kadrową, dotowanie „kolesiów” zmieniło się w finansowanie propolskich inicjatyw. Dawny „układ” jest teraz budowaniem patriotycznej tkanki w terenie itd.

Brak wspólnej, chciałoby się powiedzieć – ogólnonarodowej, opinii publicznej powoduje, że ta, którą stworzył i używa Jarosław Kaczyński, ma swoje, „na wyłączność”, obiegi komunikacyjne, swój język i świat pojęć. Tworzy się swoiste ciągi logiczne i związki frazeologiczne, które odróżniają propagandę PiS od wszelkich innych. O upartyjnieniu wymiaru sprawiedliwości mówi się, że jest ono próbą „demokratyzacji” polskiego sądownictwa. Psucie jest naprawą, deforma reformą, polityczne przejęcie instytucji oddaniem jej społeczeństwu, 27:1 sukcesem, niszczenie przyrody jej ochroną itp.

Jeszcze niedawno, do połowy ubiegłej dekady, funkcjonowała w miarę jednolita opinia publiczna, której ofiarami ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]