POLITYKA

środa, 18 października 2017

Polityka - nr 37 (3127) z dnia 2017-09-13; s. 16-18

Polityka

Anna DąbrowskaEwa Siedlecka

Sąd najważniejszy

Rozmowa z I Prezes Sądu Najwyższego prof. Małgorzatą Gersdorf o wojnie PiS z sędziami w stulecie Sądu Najwyższego, jego roli i niedostatkach

Anna Dąbrowska, Ewa Siedlecka: – Sąd Najwyższy obchodzi stulecie powstania. Będą obchody jubileuszu?
Prof. Małgorzata Gersdorf: – Były różne perturbacje, więc przed wetem pana prezydenta myślałam, że nie doczekam tego 100-lecia jako I Prezes. Ale trzeba wierzyć do końca. Przygotowywaliśmy się – i ten jubileusz się odbędzie. Będą dwie uroczystości, jedna tylko dla pracowników SN w gmachu Sądu, a druga na Zamku Królewskim. Skromnie, bo nie mamy za dużo pieniędzy, ale z wykładami okolicznościowymi i koncertem.

Kogo z polskich władz pani zaprosiła i kogo się pani spodziewa?
Wysłałam zaproszenie do prezydentów RP, do premier, marszałków Sejmu i Senatu. I do Włodzimierza Cimoszewicza, bo to dzięki jego wsparciu, kiedy był ministrem sprawiedliwości, powstał budynek Sądu Najwyższego, w którym teraz rozmawiamy.

Zaprosiła pani szefów partii, w tym Jarosława Kaczyńskiego?
Nie. Zaprosiłam pana prezydenta. Zapraszam go stale, bo jest strażnikiem konstytucji i strażnikiem obchodów stulecia państwa polskiego, a niepodległe państwo polskie zaczęło się od polskiego sądownictwa. Odnoszę wrażenie, że ten jubileusz jest bardzo niekomfortowy dla partii rządzącej. Jakoś tak niezręcznie likwidować Sąd Najwyższy w jego stulecie.

A sędzię Julię Przyłębską, wykonującą obowiązki prezesa TK, i jej zastępcę pana Muszyńskiego?
Tak. Pani prezes odpowiedziała mi, że przyjdzie.

A prezesa NBP Adama Glapińskiego?
Jak ja mogę go zaprosić na jubileusz, skoro osobiście prosiłam go cztery razy, by wydał obiecaną mi wcześniej monetę okolicznościową na 100-lecie SN, a on odmówił, mimo że chodzi o rocznicę odrodzenia polskiej państwowości po zaborach?

Dlaczego?
Myślę, że władze PiS nie chciały epatować społeczeństwa 100-leciem SN w czasie, gdy będą go „reformować”.

Poprosiła też pani Pocztę Polską o wydanie okolicznościowego znaczka. Wydadzą?
Obiecali, że wydadzą na 1 września, ale tego nie zrobili. Twierdzą, że może wydadzą w grudniu. Nie chcę już o to zabiegać. To byłoby poniżej mojej godności. Ale wiele mówi o tym, jak w naszym państwie – i zresztą nie od dziś – traktuje się sądownictwo.

Czy w stuletniej historii Sądu Najwyższego były momenty zagrożenia jego niezależności? Ataki na sędziowską niezawisłość?
Powiem najpierw o sukcesach. A należy do nich już samo powstanie polskiego sądownictwa i Sądu Najwyższego w 1917 r., na rok przed powstaniem niepodległego państwa. To wielka zasługa polskich patriotów i prawników, w dużej mierze adwokatów, którzy zrezygnowali z własnej praktyki, aby zostać polskimi sędziami i wziąć udział w wielkim dziele budowy państwa po 123 latach zaborów. Prawo mieliśmy „w spadku” po Rosji, Austrii i Niemczech; społeczeństwo funkcjonowało w trzech, a właściwie w pięciu porządkach prawnych (bo i w zaborze rosyjskim, i na terenie Galicji prawo było terytorialnie zróżnicowane). Proszę sobie wyobrazić taką sytuację dzisiaj! To, czego dokonali ci ludzie – państwowcy przez duże „P” – jest niesamowite, wcale nie mniej ważne od walki zbrojnej. Bez polskiego sądownictwa nie byłoby jednej Rzeczpospolitej. Ogromne zasługi położył tu I Prezes Sądu Najwyższego Stanisław Pomian-Srzednicki – jeden z dosłownie kilku Polaków, którego przed 1914 r. władze carskie mianowały na stanowisko sędziowskie. Jak tych ludzi potraktowano zaledwie kilka lat po powstaniu Niepodległej? Minister sprawiedliwości Stanisław Car [był ministrem dwukrotnie, w latach 1928–30] po prostu usunął ich z urzędu. Dwa lata po przewrocie majowym przepchnięto – mimo protestów opozycji – ustawę zawierającą przepis, który na to pozwalał. Sędziowie, w tym prezesi poszczególnych Izb SN, byli rugowani, choć mieli gwarancje nieusuwalności. Tak potraktowano Władysława Seydę, wielkiego patriotę, któremu Polska w dużej mierze zawdzięczała powrót Wielkopolski do Macierzy. Taki los spotkał Aleksandra Mogilnickiego, Prezesa Izby Karnej, bardzo mądrego człowieka. To było haniebne!

A jakie były postawy sędziów w tym okresie?
Myślę, że różne, tak jak jest teraz i zawsze będzie. Wspomniany przeze mnie sędzia Mogilnicki napisał całą prawdę w swoich pamiętnikach. Niedawno zostały wydane drukiem. A czyta się je lepiej niż kryminał, bo pokazują, jak mało wiemy o II RP. Po drugiej wojnie było jeszcze gorzej. Dopiero w 1962 r. powstała nowa ustawa o Sądzie Najwyższym. I to był krok milowy: SN uzyskał całkiem sporo niezależności. Dorobek orzeczniczy z ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]