POLITYKA

Wtorek, 23 maja 2017

Polityka - nr 6 (3097) z dnia 2017-02-08; s. 15-17

Temat tygodnia

Ewa Siedlecka

Sądy: być albo nie być

Demokracja w państwie PiS to przemoc większości wobec mniejszości. I wobec prawa.

Ta demokracja ma teraz dotknąć sądownictwo. Demokracja przedstawicielska. Oto posłowie wybrani bezpośrednio przez naród oraz rząd wybrany przez naród pośrednio, za pomocą posłów, będą wybierać sędziów. Można się spierać, czy tak wybrani sędziowie będą reprezentować w sądach obywateli, czy raczej rządzącą partię. Pytanie, kto będzie reprezentował prawo i sprawiedliwość (te tradycyjne, z małych liter)?

Według konstytucji o nominacjach sędziowskich decyduje Krajowa Rada Sądownictwa, stojąca na straży niezależności sądów i niezawisłości sędziów. Najnowszy projekt rządowy przewiduje, że sędziów do Krajowej Rady Sądownictwa wybiorą posłowie spośród kandydatów wyselekcjonowanych przez marszałka Sejmu. Ten, kto dobiera sędziów i decyduje o ich awansach – ma władzę sądowniczą. Teraz będzie ją miała Partia Zupełnie Polską Rządząca. Tak jak ma już władzę ustawodawczą (opozycja w parlamencie nie może już nawet sobie „pogadać”) i wykonawczą: rząd i prezydenta.

Projekt, który ujawniło Ministerstwo Sprawiedliwości, przewiduje podział Krajowej Rady Sądownictwa na dwie izby: „polityczną” i „sędziowską”. Aby KRS zaakceptowała kandydaturę na wolne stanowisko sędziowskie, musiałyby wyrazić zgodę obie izby. W ten sposób politycy będą mogli zablokować każdą kandydaturę, która im się nie spodoba. Projekt przewiduje też przerwanie kadencji obecnej Krajowej Rady i wybranie nowej.

Przywracamy uczciwość i służbę w sądownictwie – mówił minister sprawiedliwości prokurator generalny Zbigniew Ziobro, przedstawiając projekt reformy KRS. Dodał, że dziś to „kasta sędziowska” powołuje sędziów do KRS i decyduje o sędziowskich awansach. Wiceminister sprawiedliwości Marcin Warchoł tłumaczył zaś, że politycy są wybierani przez naród, a więc jeśli oni będą wybierać sędziów, to tak, jakby sędziów wybierał naród.

PiS nie mógł zmienić składu KRS np. tak, by składał się z samych polityków, bo konstytucja opisuje dokładnie skład Rady: Pierwszy Prezes Sądu Najwyższego, Prezes Naczelnego Sądu Administracyjnego, „piętnastu członków wybranych spośród sędziów Sądu Najwyższego, sądów powszechnych, sądów administracyjnych i sądów wojskowych”, czterech posłów wybranych przez Sejm, dwóch senatorów wybranych przez Senat, minister sprawiedliwości i przedstawiciel prezydenta. Dzieląc KRS na dwie izby o równorzędnym głosie, PiS sprawia, że ośmiu polityków zdominuje siedemnastu sędziów. Litera konstytucji zostanie zachowana. Za to jej duch – podeptany. Bo ciało polityczne nie może gwarantować niezależności sądów i niezawisłości sędziów.

Kadry decydują o wszystkim. Także o wyrokach. Razem z projektem zmian w ustawie o KRS PiS ogłosił plan zmiany w ustawie o Krajowej Szkole Sądownictwa i Prokuratury i w ustawie o ustroju sądów powszechnych. Pierwszeństwo w dostępie do urzędu sędziego będą mieli absolwenci Krajowej Szkoły. Nie ma więc szans, by zawód sędziego stał się „koroną zawodów prawniczych”, do którego idą doświadczeni adwokaci, radcy prawni czy prokuratorzy. Minister Ziobro mówi o potrzebie „odmłodzenia kadr”. Krajowa Szkoła, która je wykształci, ma w znacznie większym niż dziś stopniu podlegać ministrowi sprawiedliwości. A więc będzie on kontrolował także dobór wykładowców i treści nauczania. Trudno uniknąć skojarzeń z Centralną Szkołą Prawniczą im. Teodora Duracza działającą w PRL do lat 50.

Od listopada do sądów wrócą asesorzy. Minister Ziobro już chomikuje dla nich etaty: wstrzymał ogłoszenie konkursów na 500 wolnych stanowisk sędziowskich. Zapewne w odpowiedniej chwili przekształci je w asesorskie.

A asesor to „sędzia na próbę”. Na jego powołanie KRS praktycznie nie będzie miała wpływu. PiS chce, by minister sprawiedliwości przedstawiał Radzie listę asesorów, już po ich powołaniu. Rada będzie mogła jedynie wyrazić sprzeciw wobec któregoś z nich. Teoretycznie. Bo praktycznie do wyrażenia sprzeciwu potrzebna byłaby uchwała obu „izb” KRS. A izba polityczna dopilnuje, żeby jej nie było.

Asesor mianowany ma być na cztery lata, a potem oceniany przez ministra. A więc przez te cztery lata opłaca mu się orzekać tak, by podobało się to partii rządzącej. Co zresztą może być zgodne z jego sumieniem, bo dzięki odpowiedniemu wykształceniu asesorów w Krajowej Szkole Sądownictwa i dzięki skrupulatnemu ich doborowi przez ministra sprawiedliwości prawdopodobieństwo, że wśród asesorów zdarzą się osoby o poglądach niezgodnych z linią partii nie jest duże.

By przejąć władzę sądowniczą, nie trzeba zresztą mieć wszystkich swoich sę...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]