POLITYKA

Czwartek, 21 września 2017

Polityka - nr 46 (2731) z dnia 2009-11-14; s. 32-37

Raport / 20 lat bez muru

Adam Krzemiński

Sąsiedzi

Zjednoczenie Niemiec było jednym z największych współczesnych przedsięwzięć administracyjnych, gospodarczych i kulturowych. Po 20 latach wynik ciągle nie jest jednoznaczny.

Od 1989 r. wszystkie „bratnie kraje” bloku radzieckiego przechodziły transformację ustrojową, ale żaden – tak radykalnej jak NRD. Polacy, Węgrzy, Litwini przebudowywali swoje państwo od wewnątrz, wyłaniając nowe elity, na własny rachunek popełniając błędy i odnosząc sukcesy. Natomiast enerdowcy niemal z dnia na dzień otrzymali nie tylko gotowy ustrój Republiki Federalnej, ale i zachodnich opiekunów, którzy przejęli kluczowe stanowiska w administracji, gospodarce, sądownictwie i szkolnictwie wyższym.

Na Niemców z obu krajów zjednoczenie spadło jak grom z jasnego nieba. Choć w konstytucji Republiki Federalnej zapisany był nakaz jednoczenia, to jednak większość zachodnich Niemców pogodziła się z trwałym podziałem, licząc co najwyżej na jakąś liberalizację NRD. W najśmielszych marzeniach – na status podobny do Austrii. W Bonn było wprawdzie ministerstwo do spraw ogólnoniemieckich, ale gdy doszło co do czego, to okazało się, że szuflady są puste. Nie było żadnych planów jednoczenia dwóch organizmów państwowych. Z kolei na wschodzie marzeniem była najwyżej swoboda podróżowania, bo przecież „Moskwa nas nie wypuści…”.

Gdy jednak wypuściła, to nie było czasu na roztrząsanie różnych modeli, bo – jak zresztą pokazał pucz Janajewa w 1991 r. – konstelacja na Kremlu znów mogła się zmienić. Wybrano wariant najszybszy. Nie tyle zjednoczenia dwóch równorzędnych podmiotów, ile przystąpienia NRD do Republiki Federalnej na mocy artykułu 23, który później został zmieniony tak, by nie było wątpliwości, że nie dotyczy terenów za Odrą i Nysą.

Ten wariant pozwalał na natychmiastowe wprowadzenie zachodnich struktur administracyjnych i włączenie enerdowskich instytucji – jak choćby kolei – do zachodnioniemieckich. Połączono nawet obie armie, choć tylko śladowo. Z 36 tys. oficerów enerdowskiej NVA do Bundeswehry przyjęto 3200. Natomiast sprzęt złomowano, sprzedano bądź rozdano – trafił również do USA jako materiał ćwiczebny. Lepiej się upiekło enerdowskim policjantom: zatrzymano na służbie aż 60 proc. vopos.

Jeszcze wyższy był procent nauczycieli pozostawionych na stanowiskach. Komisje weryfikacyjne – składające się w dużej mierze z ludzi z zachodu – zwracały uwagę na akta Stasi, ale nie na przynależność do partii. Dwadzieścia lat później wciąż w prasie pojawiają się alarmistyczne teksty, że starsza kadra nauczycielska nadal nie wyzbyła się dawnych przyzwyczajeń. Z drugiej jednak strony na międzynarodowej skali umiejętności szkoły z byłej NRD są w czołówce. Na pierwszym miejscu Saksonia, na trzecim Turyngia, a pozostałe także w pierwszej lidze. W tamtejszych szkołach bardziej dba się o przedmioty ścisłe. A poza tym mają dużo mniejszy procent dzieci imigrantów i mniejsze klasy.

Po zjednoczeniu w byłej NRD nasilił się proces depopulacji: spadł i tak niski przyrost naturalny, a nie udało się zahamować migracji na zachód. Według najnowszych danych codziennie przenosi się na zachód, głównie do Bawarii i Hesji, 140 osób. Od zjednoczenia wschód stracił 1,5 mln ludzi, a od 1945 r. – bez mała 5 mln! I końca nie widać. W ciągu najbliższych dziesięciu lat Turyngia czy Saksonia-Anhalt mogą stracić do jednej trzeciej ludności, twierdzi dyrektor berlińskiego Instytutu Demografii i Rozwoju Rainer Klingholz. Ale, jego zdaniem, to nie katastrofa: „Niemcy potrzebują pustych przestrzeni, które ze względów klimatycznych należałoby zalesić”.

O ile łatwo można było narzucić zachodnie instytucje i – nie zawsze najlepszych – zachodnich ekspertów, o tyle trudniej było przeprowadzić zjednoczenie mentalne. Niemiecki pejzaż medialny najlepiej pokazuje dwie różne społeczności. Berlin jest wciąż podzielony na zachodnią strefę wpływów słabnącego „Tagesspiegla” i wschodnią domenę „Berliner Zeitung”. Renomowane zachodnie tytuły, jak „Frankfurter Allgemeine”, „Spiegel” czy „Zeit”, sprzedają się na wschodzie statystycznie do pięciu razy gorzej niż na zachodzie. Przyczyną jest podobno bardziej robotniczo-plebejski charakter byłej NRD, większe bezrobocie, brak nawyków obywatelskiego uczestnictwa w polityce i niechęć do debat uważanych za kłótnie lub gadanie po próżnicy. Również zachodni dziennikarze pracujący we wschodnich redakcjach muszą się do tego dostosować. Wschód czyta co innego niż zachód i inaczej ogląda telewizję. Nawet springerowska „Bild” ustępuje na wschodzie miejscowej – choć wydawanej przez zachodni koncern – „Superillu”. Z kolei w zachodnich redakcjach wypada mieć swoich pokazowych ossi, ludzi ze wschodu. Niektórzy – jak urocza Maybritt Illner, kiedyś dziennikarka telewizji NRD – są medialnymi gwiazdami.

Jak więc jest? Czy po 20 latach byli enerdowcy to w Republice Federalnej „Niemcy drugiej kategorii”, frustraci zainfekowani przez Stasi, tęskniący za NRD, głosujący na postkomunistów z PDS lub neonazistów z NPD? A może – jak chce socjolog Wolfgang Engler – to awangarda, bardziej przedsiębiorcza niż ociężali Niemcy z zachodu?

Jest na to kilka efektownych przykładów. Pierwszy to sama Angela Merkel. Có...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Jak upadał mur? Zdjęcia z tamtych lat na: www.polityka.pl

Załączniki

  • NRD w RFN

    NRD w RFN - [rys.] JR

  • Dwadzieścia lat minęło...

    Dwadzieścia lat minęło... - [rys.] JR

  • Baza żwawsza od nadbudowy

    Baza żwawsza od nadbudowy - [rys.] JR