POLITYKA

Poniedziałek, 24 lipca 2017

Polityka - nr 41 (3080) z dnia 2016-10-05; s. 94-95

Kultura

Zdzisław Pietrasik

Sąsiedzi z Wołynia

Wojciech Smarzowski zrobił ważny film o zbrodni wołyńskiej, o tym, jak rodzi się zło. Czy jednak „Wołyń” da się wpisać w obowiązującą obecnie politykę historyczną?

Zaczyna się sielankowo, niemal jak film folklorystyczny. Polska Helena wychodzi za mąż za Ukraińca Wasyla, cała wieś bawi się na weselu. Ale to wesele nie jest takie wesołe, jak mogłoby się w pierwszej chwili wydawać. Młodzi się kochają, lecz oblubienica z żalem będzie opuszczać dom rodzinny, by przenieść się w strony męża (pojawi się ponownie dopiero w zakończeniu filmu). Jej młodsza siostra Zosia dowie się, że nie wyjdzie za ukochanego sąsiada, ukraińskiego chłopca, lecz za bogatego polskiego wdowca, miejscowego Borynę, też zresztą Macieja, tylko że Skibę. Który ustala właśnie szczegóły majątkowych transakcji z przyszłym teściem. Morgi ważniejsze niż miłość. To Zosia (świetna rola studentki warszawskiej Akademii Teatralnej Michaliny Łabacz) zostanie główną bohaterką filmu, lecz na razie jeszcze o tym nie wie.

To są Kresy, nie bronowicka chata, lecz i tutaj pojawiają się zjawy, choć w ludzkiej postaci. Na przykład ukraiński nacjonalista i agitator, jakby Szela z Wyspiańskiego, który przypomina krzywdy doznane od polskich kolonizatorów i coraz wyraźniej buntuje ziomków przeciw Polakom. Mówi się o zamykanych cerkwiach i szkołach, o barierach nie do pokonania przy zatrudnianiu na państwowych posadach i okrutnych zabawach Lachów z ukraińskimi dziewczynami. Agitator okaże się jednym z najczarniejszych charakterów tej opowieści: teraz wznosi toast za zdrowie Hitlera, potem będzie ochoczo witał wojska wkraczające do wsi – zarówno rosyjskie, jak i niemieckie.

Wydawać by się mogło, iż wesele trwa za długo, ale wkrótce przekonamy się, że reżyser ma wszystko pod kontrolą: oto bowiem następuje sekwencja męskich popisów zręcznościowych. Są walki na cepy, w których w najlepszym razie można stracić zęby, i jeszcze bardziej wymyślna konkurencja – rzucanie z rąk do rąk zapaloną kłodą, coraz bardziej palącą. To, co zrazu wygląda na dość dziwaczne lokalne zwyczaje weselne, podszyte jest coraz gorzej skrywaną agresją. Staje się prefiguracją tego, co nastąpi wkrótce, kiedy cepy staną się narzędziem zbrodni, a w ogniu staną nie tylko domy, lecz także ludzie.

W „Wołyniu” nie ma dat, nie oglądamy mapy dawnej Rzeczpospolitej, co z pewnością może utrudnić odbiór zagranicznym widzom, na których chyba jednak Smarzowski przesadnie nie liczy. Dla nas, ale też dla Ukraińców, wszystko jest jasne. Oto Kresy, gdzie od wieków żyją obok siebie „sąsiady”: Polacy, Rosjanie i Żydki. Tak się zwyczajowo tutaj mówi, nie Żydzi, lecz Żydki. Wybucha wojna, wchodzą Rosjanie, potem 1941 r., wkraczają Niemcy. Niemcy mordują Żydów, Rosjanie wywożą Polaków na Sybir. Do głosu dochodzi plemienna nienawiść, rozpoczyna się „antypolska akcja” (taka nazwa pojawiała się w oficjalnych wystąpieniach Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów). Jakby historia w szczególnie okrutny sposób traktowała mieszkańców tego zakątka Europy. Najpierw jest jednak symboliczny pogrzeb znienawidzonej Polski: do grobu złożona zostaje biało-czerwona flaga i emblemat z orłem. Do działań UON przyłączają się cywile, chłopi, którzy będą obcinać głowy swoim sąsiadom.

Noże święcono w kościele

Oglądając „Wołyń”, znajdujemy się w środku wojennego koszmaru, ale jednocześnie w historycznym ponadczasie, niektóre sekwencje wyglądają bowiem tak, jakbyśmy przenieśli się w XVII w., kiedy to antypolskie zrywy powtarzały się na tych terenach wielokrotnie. Co realistycznie przedstawił Juliusz Słowacki w mistycznym dramacie „Sen srebrny Salomei”, do którego warto zajrzeć po wyjściu z filmu Smarzowskiego.

U Słowackiego znajdziemy podobne obrazy. Jest nawet rabunek dworu, taki jak na ekranie, są szczegółowe opisy zbrodni, jest nawet mowa o święceniu noży w kościele. (W filmie w scenie święcenia podnosi się w górę cała kolekcja prymitywnych narzędzi, które zostaną użyte do zabijania). Nasz romantyk przedstawił też szczegółowo opis planowanej zemsty na buntownikach. Warto ów fragment przypomnieć, gdyż daje wyobrażenie o skali nienawiści, kierującej ludzkimi poczynaniami na Kresach. Oto jak polski Regimentarz każe ukarać jednego ze swych dawnych ukraińskich poddanych:

„Zakneblować jemu pyski,
Nogi zostawić w łańcuchach,
Zawiesić mu kir na czoło,
Ręce wznieść, słomą okręcić
I całego oblać smołą;
Potem przez księdza poświęcić
I czarną figurę smolną
Podparłszy, gdy zacznie się walić,
Na samym wierzchu – zapalić
I przez wieś prowadzić wolno,
Jako świecznik zapalony…”.

W filmie zobaczymy jakby rewers tego makabrycznego obrazu – banderowcy obwiązują słomą polskiego chłopca, a następnie go podpalają. Żywa pochodnia – nie w przenośni. Reżyser nie zamierza nam niczego darować: skoro przyszliśmy do kina zobaczyć film o zbrodni wołyńskiej, to patrzmy. Na przykład jak ukraiński oddział rozrywa koń...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]