POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 30 (3120) z dnia 2017-07-26; s. 29-31

Społeczeństwo

Violetta Krasnowska

Ściąganie cugli

O tym, jak władza bierze społeczeństwo za twarz.

Po ostatniej miesięcznicy, odprawionej z rekordową liczbą policjantów i barierek poustawianych wzdłuż placu Zamkowego i połowy Krakowskiego Przedmieścia, minister Mariusz Błaszczak pochwalił się w jednym z wywiadów planami zmiany prawa o zgromadzeniach. Kosztami dodatkowych zabezpieczeń obarczeni mieliby być protestujący. „Bo to oni są sprawcami wzrostu kosztów ochrony zgromadzeń” – mówił minister. Marszałek Senatu Stanisław Karczewski zaraz przyklasnął pomysłowi, dodając, że propozycja jest „interesująca” i „ciekawa”.

Absurdalne? To metoda już ćwiczona przez władze. Imienne wezwania do zapłaty po ponad 10 tys. zł dostali ekolodzy protestujący przeciw wycince Puszczy Białowieskiej w strefach ochronnych UNESCO. Do tej pory wysłano 78 takich wezwań, termin do zapłaty: 7 dni. Pisma, „w uzgodnieniu z przełożonymi”, nakazał wystawiać Jerzy Rosiński, dyrektor Zakładu Transportu i Spedycji Lasów Państwowych w Giżycku, spółki podległej Dyrekcji Lasów Państwowych. Dane osobowe dostał od policji, która legitymowała protestujących. Jak pisze regionalna dyrekcja w Białymstoku, w odpowiedzi na pytania POLITYKI, dyrektor zakładu jest zobowiązany dbać o interes Skarbu Państwa. A ten – wedle logiki lasów – jest stratny za sprawą ekologów, bo nie uzyskał zarobku na wyciętych drzewach.

– Roszczenia są bezzasadne. Pismo jest bardzo ogólne, ale widać, że to wszystko jest mocno przemyślane. Widać silną determinację, żeby z tą sprawą pójść do sądu – mówi adwokat Paweł Osik, reprezentujący część wezwanych do zapłaty. – Widzę w tym działanie mające wywołać tzw. efekt mrożący. Może wierzą, że jak postraszą karami finansowymi, jak zostaną zainicjowane postępowania sądowe, to ludzie się przestraszą i przestaną protestować?

Prof. Ewa Łętowska, sędzia Trybunału Konstytucyjnego w stanie spoczynku, ironizuje, że podobną logikę można by rozszerzyć tak, że wszystkie wypowiedzi nieprawomyślne wiązałyby się z nakładaniem na mówiących kosztów utrzymania w Polsce policji i prokuratury. Na poważnie dodaje, że to byłoby niezgodne z art. 57 konstytucji, który zapewnia wolność organizowania pokojowych zgromadzeń i uczestniczenia w nich.

Gdzie z tą krytyką!

Konstytucja gwarantuje również wolność słowa. W praktyce i z tym próbuje się walczyć za pomocą szantaży finansowych. W przypadku Ewy Ivanowej, dziennikarki od lat zajmującej się tematyką wymiaru sprawiedliwości – nieskutecznie. Ostatnio jeszcze bardziej zachodzi za skórę prokuraturze. – Drążyłam temat nagród, dodatków specjalnych oraz umów cywilnoprawnych przyznanych wąskiej grupie ludzi Zbigniewa Ziobry w Prokuraturze Krajowej – opowiada. – Odkryłam między innymi, że zlecono doradztwo w zakresie usprawnienia prac prokuratury za 53 tys. zł prokuratorowi Giemzie (w stanie spoczynku). Giemza był aktywistą tzw. grupy hakowej za Zbigniewa Ziobry. Prokuratura zleciła też namalowanie trzech obrazów Gabrieli Barskiej, żonie Dariusza Barskiego, byłego zastępcy prokuratora generalnego, bliskiego współpracownika Zbigniewa Ziobry.

Zawzięła się właśnie po prokuratorskim szantażu. 11 maja 2017 r., tuż po publikacji na niewielkim portalu Polska Mówi artykułu pt. „Finansowe eldorado dla trzymających władzę w prokuraturze”, przyszło wezwanie z Prokuratury Krajowej do natychmiastowego zdjęcia tekstu. W przeciwnym przypadku żądano opublikowania na własny koszt przez dziennikarkę przeprosin w „Gazecie Wyborczej” i zapłaty 60 tys. zł na fundację Związku Zawodowego Prokuratorów i Pracowników Prokuratury RP z Katowic. Symptomatyczne jest to, że Prokuratura Krajowa nie sięgnęła po sprostowanie w trybie prawa prasowego ani nawet po instrumenty karne, czyli art. 212 kk, który mówi o zniesławieniu (tylko że trzeba dowieść go w sądzie). Skorzystano ze ścieżki cywilnej, stawiając ultimatum: albo wycofanie tekstu, albo pozew o 60 tys. zł i kosztowne przeprosiny w prasie. Właściciel portalu się przestraszył, artykuł zniknął z sieci. W efekcie pracę zmieniła i dziennikarka. – Nie zgadzałam się z decyzją o zdjęciu tekstu. Publikacja nie zawiera nieprawdziwych informacji, nie narusza dóbr osobistych Prokuratury Krajowej, której ruch odebrałam wyłącznie jako próbę zastraszenia dziennikarza i wydawcy, a także, szerzej, jako uderzanie w wolność słowa – mówi Ewa Ivanova.

Dzień po zdjęciu wspomnianego artykułu z portalu Polska Mówi Prokuratura Krajowa przysłała finansowy szantaż także cytowanemu w artykule rozmówcy prokuratorowi Krzysztofowi Parchimowiczowi, który jako szef stowarzyszenia prokuratorów Lex Super Omnia (Prawo ponad wszystkim) skomentował sprawę. Żądano przeprosin i zapowiadano wniosek do sądu o 60 tys. zł odszkodowania, jeśli prokurator natychmiast nie odwoła publicznie wszystkiego, co powiedział. – Dodam, że to nie pierwszy przypadek, kiedy mój rozmówca jest, jak to nazywają prokuratorzy, grillowany przez kierownictwo prokuratury – mówi Ewa Ivanova. – Dyscyplinarkę ma także prokurator Andrzej Kaucz, który udzielił mi wywiadu dla „Magazynu Dziennika Gazety Prawnej” na temat degradacji prokuratorów po objęciu władzy przez Zbigniewa Ziobrę. 

...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]