POLITYKA

Wtorek, 25 lipca 2017

Polityka - nr 16 (3107) z dnia 2017-04-19; s. 32-33

Społeczeństwo

Piotr Pytlakowski

Sędzia na grillu

Sprawa sędziego Wojciecha Łączewskiego wciąż spędza sen z oczu ministrowi sprawiedliwości et consortes, bo zemsta staje się słodka, dopiero kiedy się dopełni.

Przejęcie przez PiS Krajowej Rady Sądownictwa i polityczne uzależnienie sądów poza złamaniem konstytucji i zasady trójpodziału władzy może też złamać życie kilkudziesięciu sędziom uważanym przez rządzącą ekipę za wrogów. Już są poddawani naciskom i wskazywani palcem przez ministra sprawiedliwości jako cele do odstrzału. Na przykład Waldemar Żurek, rzecznik KRS, znienawidzony za ostrą krytykę poczynań PiS. I Igor Tuleya, bo ośmielił się porównać metody stosowane przez CBA w śledztwie przeciwko dr. Mirosławowi G. do stalinowskich. Także Agnieszka Pilarczyk za to, że uniewinniła lekarzy oskarżanych przez rodzinę Ziobrów o błędy, w wyniku których miał stracić życie ojciec ministra. Albo Justyna Koska-Janusz, bo wydała niekorzystny dla Zbigniewa Ziobry wyrok w sprawie, jaką wytoczył Jarosławowi Netzlowi, byłemu prezesowi PZU.

Ale celem numer jeden, tu nie może być wątpliwości, jest szeregowy sędzia Sądu Rejonowego Warszawa-Śródmieście Wojciech Łączewski. Plan wobec niego jest jasny. Ma być wydalony ze stanu sędziowskiego, bez prawa do wykonywania innych zawodów prawniczych, wyrzucony poza margines, skazany na zapomnienie. A jak się da, to także na więzienie.

Sędziego uznano za wroga, bo wydał wyrok skazujący na kary pozbawienia wolności byłych szefów CBA Mariusza Kamińskiego i Macieja Wąsika oraz ich dwóch podwładnych za sprokurowanie tzw. afery gruntowej. Środowisko prawicowe uznało, że trzy lata więzienia dla wiceszefa PiS to odwet za jego bezkompromisowość. Przecież prokurator żądał tylko dwóch lat więzienia i do tego w zawieszeniu.

Lepiej się zastrzel

Czy Łączewski miał podstawy, aby tak surowo potraktować oskarżonych? A może dał się ponieść osobistym animozjom? – Wyrok zapadł jednogłośnie – tłumaczy sędzia. – Jako przewodniczący trzyosobowego składu głosowałem ostatni. Nie było w tym nic osobistego. To może dziwnie zabrzmi, ale uważałem i nadal uważam Kamińskiego za człowieka uczciwego.

Uczciwy człowiek został jednak oskarżony przez prokuraturę o poważne nadużycie podczas operacji mającej dowieść, że ówczesny wicepremier i minister rolnictwa Andrzej Lepper jest skorumpowany. Kamińskiemu zarzucono przekroczenie uprawnień i podżeganie do wręczenia łapówki w znacznej wysokości oraz zlecenie podrobienia dokumentów i wprowadzenie ich do obiegu, co wówczas było niedozwolone. To czyny zagrożone karą do ośmiu lat więzienia. Sąd wymierzył zaledwie trzy lata (Kamińskiemu i Wąsikowi) oraz 2,5 roku obu agentom CBA, ale nie mógł kary zawiesić, bo zawieszenie stosuje się, jeżeli wyrok nie przekracza dwóch lat więzienia.

Nieprawomocny wyrok zapadł w marcu 2015 r. Skazani odwołali się do wyższej instancji, ale potem nadeszły wybory i już w listopadzie 2015 r. nowy prezydent Andrzej Duda ułaskawił Kamińskiego, Wąsika i dwóch ich podwładnych. Decyzja była precedensowa, bo prezydent ułaskawił nie osoby prawomocnie skazane, ale w świetle prawa nadal niewinne. Nikt nie miał wątpliwości, Andrzej Duda rzucił politycznym sojusznikom koło ratunkowe, dzięki czemu mogli już jako osoby niekarane wrócić na salony władzy.

Nie wszyscy wiedzą, że to nie Wojciech Łączewski był początkowo wyznaczony do prowadzenia procesu Kamińskiego i innych. Sprawę przydzielono innemu sędziemu, ale ten nagle się rozchorował. Podobno zapadł na chorobę zwaną dyplomatyczną. Łączewskiego wskazano do tej sprawy niejako w zastępstwie. To był przypadek.

Kiedy ogłaszał wyrok, sondaże wskazywały jednoznacznie, że w zbliżających się wyborach zwycięży PiS. Wojciech Łączewski zapewne zdawał sobie sprawę, że za ten proces dostanie po łapach od nowej ekipy. – Krótko po wyroku wieczorem zatelefonowała do mnie znajoma pani sędzia. Nigdy nie kryła, że jest bliską znajomą Mariusza Kamińskiego – mówi Łączewski. – Powiedziała, że na moim miejscu strzeliłaby sobie w łeb, bo teraz służby się za mnie wezmą. Zrobią ze mnie przestępcę albo wariata.

Łańcuch dziwnych zdarzeń

Jeszcze w trakcie procesu zaczęło się tzw. grillowanie sędziego. Pod miejscem pracy jego żony zaczął pojawiać się pewien mężczyzna. Nic nie mówił, jedynie stał i patrzył, jak żona wysiada lub wsiada do auta. Sędzia rozpoznał w nim byłego funkcjonariusza CBA, bo wcześniej przesłuchiwał go jako świadka. Potem ten sam człowiek zaczął pojawiać się na osiedlu sędziego. Znów tylko patrzył. Nie krył się, tak jakby chciał być zauważony.

Ruszyła fala anonimów z groźbami: „Zostaniesz powieszony”, „Zginiesz!”. Nadesłano zdjęcie Łączewskiego zrobione na ulicy. Jego głowę ozdabiał namalowany na czerwono celownik. Ktoś uruchomił na Facebooku fałszywe konto sędziego z kompromitującymi wpisami. Ktoś przysłał mu do mieszkania prostytutkę. Zadzwoniła do drzwi i domagała się wpuszczenia. Powiedziała, żeby się nie wstydził, przecież ją zamówił. O wszystkich zdarzeniach natychmiast ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]