POLITYKA

Piątek, 21 listopada 2014

Polityka - nr 49 (2379) z dnia 2002-12-07; s. 84-87

Nauka / Przeszczepy

Paweł Walewski

Serce na miarę

Jezu, ono pracuje! – wykrzyknął dr Christiaan Barnard na widok pierwszego skurczu serca, które zaczęło miarowo bić po przeszczepie. Była noc z 2 na 3 grudnia 1967 r. W medycynie – noc przełomu.

Na dwóch stołach operacyjnych Szpitala Groote Schuur w Kapsztadzie leżeli: dawczyni serca 24-letnia ofiara wypadku samochodowego i 53-letni kupiec Louis Washkansky w stanie terminalnym, któremu starano się przywrócić życie.

To był niesamowity widok – opowiadał później Christiaan Barnard, który w trzydziestą rocznicę tej operacji, pięć lat temu, udzielił wywiadu POLITYCE (22/97). – Po jednej stronie sali mieliśmy zmarłą kobietę, u której jeszcze biło serce, a obok żywego mężczyznę, który na to serce czekał. Gdy stanęliśmy nad ciałem dawczyni i odłączyliśmy sztuczne oddychanie, jej serce nadal biło! To była moja jedyna chwila zawahania: kiedy otworzyć klatkę piersiową – natychmiast, czy zaczekać na ostateczne zatrzymanie serca? Czekaliśmy prawie kwadrans.

Rozterki Barnarda łatwo zrozumieć. Nie był on wprawdzie ani pierwszym chirurgiem, który przeciął skalpelem klatkę piersiową, ani pionierem przeszczepiania narządów, ale po wielu próbach dokonywanych wyłącznie na zwierzętach był faktycznie pierwszym, który odważył się przełamać ludzkie przesądy. Włożyć w klatkę piersiową serce innego człowieka to był przede wszystkim wysiłek psychiczny, nieporównywalny z żadną inną operacją. Od lat pięćdziesiątych przeszczepiano już z dużym powodzeniem nerki, kilkakrotnie podejmowano podobne próby z wątrobą, trwały eksperymenty z transplantacją płuc. A jednak operacje te nigdy nie wzbudziły takiej sensacji jak zabieg w Kapsztadzie, bo to przecież serce ma w sobie najwięcej mitycznej symboliki.

Washkansky przeżył tylko 18 dni, co uaktywniło sceptyków nie wahających się porównywać Barnarda z nazistowskimi lekarzami wykonującymi medyczne eksperymenty na więźniach. Dopiero gdy atakowany chirurg wykonał miesiąc później drugą transplantację serca i pacjent przeżył 19 miesięcy – wszyscy uwierzyli w nową metodę ratowania życia. Spełnienie odwiecznych marzeń wydawało się stać tuż za progiem: będzie można żyć nieskończenie długo, bo nawet najważniejsze narządy udaje się zastępować nowymi.

Spadkobiercy Barnarda

Tak obiecującą prognozę rychło trzeba było jednak zweryfikować. Autor pierwszego przeszczepu serca w Polsce prof. Jan Moll z Łodzi podkreślał, że z chirurgicznego punktu widzenia transplantacja serca nie stanowi żadnego problemu, natomiast w tamtych czasach najpoważniejszym wyzwaniem (utrzymującym się zresztą w jakiejś mierze do dzisiaj) była możliwość odrzucenia przeszczepu. To z tego powodu medycyna przegrywała z naturą. Lekarze nie potrafili zaradzić naturalnym mechanizmom niszczenia przez organizm biorcy nowych tkanek. Nie było leków, które mogłyby temu zapobiegać, bo cyklosporyna pojawiła się w szpitalach dopiero w 1978 r. Kto wie, czy bez determinacji chirurgów-transplantologów w ogóle doszłoby do jej odkrycia?

Pierwszą transplantację serca w Polsce, w klinice Akademii Medycznej w Łodzi, wykonano w styczniu 1969 r., czyli dwa lata po sukcesie Barnarda. Prof. Moll tak wspominał  w rozmowie z Jackiem Żakowskim („Rozmowy z lekarzami”, Wyd. MAW 1987) tę operację: „Mieliśmy dwa zespoły – jeden pobierał serce od dawcy, a drugi transplantował je biorcy. Pośrednikiem był kolega Narębski, który musiał odebrać pobrane serce, wypłukać krew z naczyń wieńcowych, umieścić je w pojemniku z roztworem fizjologicznym i przenieść z jednej sali operacyjnej do drugiej. Tymczasem ja usunąłem już serce biorcy, więc włożyłem tylko nowe do klatki piersiowej – pasowało wyśmienicie – przyszyłem przedsionek lewy, prawy, żyły i aortę. Trwało to dokładnie pięćdziesiąt dziewięć minut”.

Czas operacji nie zmienił się do dzisiaj – mówi prof. Zbigniew Religa, który w październiku 1985 r. dokonał pierwszego udanego przeszczepu serca w Polsce (prof. Moll po pierwszej transplantacji, która z powodu odrzucenia przeszczepu zakończyła się zgonem pacjenta, nie podjął kolejnych prób). Dwa lata później identyczne zabiegi zaczęto wykonywać w Krakowie z inicjatywy prof. Antoniego Dziatkowiaka, który asystował podczas pierwszej transplantacji w Łodzi. Metoda zainaugurowana przez Christiaana Barnarda 35 lat temu dobrze więc oddaje koleje każdego postępu w medycynie: najpierw entuzjazm, potem krytycyzm, aż wreszcie trzeźwe podejście do zagadnienia.

Tym trzeźwym podejściem cechował się zresztą sam Barnard (zmarł w ubiegłym roku w wieku 78 lat), który pytany o znaczenie przeszczepów serca raczej nie upatrywał w nich szansy na przedłużanie życia, lecz akcentował pomoc udzielaną cierpiącym chorym. – Medycyna nie jest po to, aby przedłużać  życie – mówił we wspomnianym wywiadzie dla „Polityki”. – Bardziej po to, by poprawiać jego jakość. Pacjenci zakwalifikowani do przeszczepów serca cierpią z powodu bólu, nie mogą oddychać. Po transplantacji dolegliwości te znikają i to jest w tym wszystkim najważniejsze.

Wołanie o dawców

Ludzi z przeszczepionymi sercami przybywa &...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Pół wieku kardiochirurgii

1952 – skonstruowanie aparatu o nazwie płucoserce, umożliwiającego operacje kardiochirurgiczne;

1967 – pierwsza transplantacja serca od dawcy;

1969 – wszczepienie elektrycznej pompy ważącej 340 gramów pacjentowi z krytyczną niewydolnością krążenia (działała 64 godziny);

1978 – odkrycie cyklosporyny – leku zapobiegającego odrzucaniu przeszczepów;

1982 – wszczepienie sztucznego serca Javrik-7 wykonanego z plastiku i aluminium (działało 112 dni);

1984 – niemowlę Fae z wadą wrodzoną serca otrzymało serce pawiana (żyło 20 dni);

1988 – przeszczep sztucznych komór;

2001 – wszczepienie w pełni implantowanego mechanicznego serca.