POLITYKA

Sobota, 24 czerwca 2017

Polityka - nr 11 (2696) z dnia 2009-03-14; s. 20-21

Kraj

Mariusz JanickiWiesław Władyka

Sezon na miny

W ciężkich czasach racja stanu wymaga politycznego kompromisu. Tego niby chce społeczeństwo, ale zarazem jest ono coraz bardziej podzielone na wrogie obozy, pragnące porażki przeciwnika. Wojna na dole jest prawdziwsza niż pokój na górze.

Stan wrogości w społeczeństwie jest wysoki, o czym można się przekonać, czytając zaangażowaną politycznie prasę, internetowe portale, słuchając ludzi na wiecach i politycznych spotkaniach. Platforma, w oczach zwolenników PiS, jest właśnie w ostatnim stadium strasznej agonii, rząd się rozsypuje, kraj stacza w przepaść. Pewna szczycąca się obiektywizmem gazeta (ta sama, która „nie przyłączyła się do nagonki na PiS”) napisała nawet, że rząd Tuska to najgorsza ekipa od 20 lat.

Mówiące zupełnie coś innego sondaże nie działają tu trzeźwiąco, są unieważniane jako wynik propagandy Tuska albo dowód okresowego ogłupienia części społeczeństwa. Można wręcz podziwiać tę fantastycznie głęboką wiarę w to, że do władzy wróci Jarosław Kaczyński, polityk regularnie zwyciężający w rankingach nieufności, zamykający stawkę tych, których uważa się za mężów stanu.

Z kolei sympatycy Platformy są oburzeni tym, że pisowcy „cieszą się z kryzysu”, że bezwstydnie liczą na niską frekwencję w najbliższych wyborach, że Bracia blokują rządowe koncepcje. I wciąż przypominają dawne ich przewiny i hity z czasów koalicji moralnego wzmożenia. Trzeba też uczciwie przyznać, że część złośliwości wobec Kaczyńskich jest na granicy dobrego smaku albo i poza nią.

W czasach, kiedy i Tusk, i Jarosław Kaczyński wspominają o jakimś porozumieniu, to ich wyborcze drużyny chyba nigdy wcześniej nie były tak odległe od siebie jak w tej chwili. Obaj przywódcy zresztą muszą sobie zdawać z tego sprawę, a deklarowana „na górze” chęć do współpracy jest tylko jedną z politycznych min sezonu; to się nosi na kryzysowy koniec zimy. Pojawiła się malownicza wręcz hipokryzja, kiedy posłowie Brudziński i Kurski zapewniają, że w atmosferze miłości czują się dobrze jak nigdy dotąd, bo dopiero teraz mogą ujawnić swoje prawdziwe, łagodne oblicza.

Prezes PiS wręcz prosił, by grubą kreską oddzielić wszystkie te słowa i hasła, które wcześniej służyły wywoływaniu ostrych konfliktów, obrażały różne środowiska i konkretnych ludzi. „Nie mówmy już o tym, panie redaktorze” – to hit ostatnich tygodni. Sugerowana utrata pamięci ma być selektywna, należy zapomnieć o traktowaniu inteligencji i paktach stabilizacyjnych, ale już trzeba pamiętać o dawnym „wzroście gospodarczym”. PiS nie podważyło żadnych konkretnych działań z czasów swoich rządów i, jeśli się wgłębić w nowy przekaz, w istocie odcina się jedynie od opinii na swój temat, których i tak nigdy przecież nie podzielało.

Ale Kaczyński kilka razy w publicznych wypowiedziach podkreślał, że teraz najważniejsza jest przyszłość. W podobnym duchu, z troską o nadchodzącą przyszłość, mówił także prezydent. Tusk też nieustannie wspomina o konieczności współdziałania.

Na tej fali pozornej odwilży natychmiast odrodziły się marzenia o powrocie PO-PiS. Od tej wizji jakoś nie może uwolnić się wielu publicystów, kochających zarówno ideę IV RP jak i władzę, która decyduje, rozdaje stanowiska i nagradza. I rodzi się pytanie: ile w tym nowym otwarciu politycznym jest szczerego przekonania, prawdziwej woli, świadomości, że wobec kłopotów, które nadchodzą (a nie brakuje przecież prognoz wręcz katastroficznych), konieczne jest zawieszenie na czas jakiś partykularnych, partyjnych interesów. A ile taktyki, wykorzystania okoliczności do walki o władzę i pognębienie przeciwnika?

W czasach kryzysu rośnie koniunktura na silne przywództwo, a już dzisiaj szczególnie, gdy na całym demokratycznym świecie poszukuje się nowej formy interwencjonizmu państwowego i rządy próbują jakoś zapanować nad wolnym rynkiem finansów i gospodarki. W chaosie i strachu ludzie patrzą na swoich politycznych liderów i od nich przede wszystkim oczekują, że w szczególnych warunkach staną się politykami szczególnej rangi.

Niedawno w badaniu sondażowym sprawdzającym, kogo Polacy widzą na pierwszym miejscu jako męża stanu, wygrał Donald Tusk. Premier zresztą zdaje się wyczuwać to oczekiwanie społeczne, czemu dał świadectwo w swoim mocnym wystąpieniu podczas ostatniej debaty sejmowej. Ale te mocne słowa skrywały rzeczywistą słabość i niemoc sprawczą. Wydaje się, że kryzys jeszcze bardziej obnażył wszystkie ograniczenia władzy premiera i jego koalicji. Lider opozycji daje taki przekaz w kierunku szefa rządu: rób coś człowieku, ludzie czekają. Ale jednocześnie wiadomo, czego Tusk zrobić nie może, bo mu prezydent nie pozwoli, jak choćby wtedy, gdy ostatnio spróbował wnieść poprawki do ordynacji wyborczej.

Jednocześnie Lech Kaczyński stawia się w roli animatora antykryzysowej akcji, choć jego prerogatywy są znacznie mniejsze niż premiera i sam już nic, w sensie pozytywnym, zrobić nie może. Ale wygłasza ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]