POLITYKA

Wtorek, 26 września 2017

Polityka - nr 36 (3126) z dnia 2017-09-06; s. 20-21

Polityka

Ewa Siedlecka

Siatka na sieć

Ujawniono wstępny projekt ustawy o kontroli internetu. Zdaniem Ministerstwa Cyfryzacji projekt pozwoli walczyć z fake newsami. Zdaniem oponentów zniszczy wydawców i odda władzę nad internetem urzędnikom.

Projekt zmienia ustawę o świadczeniu usług drogą elektroniczną. Dotyczy „ochrony wolności wyrażania swoich poglądów oraz pozyskiwania i rozpowszechniania informacji”. Zakazuje „ograniczania” i „w jakikolwiek inny sposób utrudniania dostępu do tych usług lub dystrybucji przekazanych do rozpowszechniania komunikatów lub rzeczowych wypowiedzi wytwarzanych przez usługobiorców społeczności gromadzących się w ramach tych usług, a także dzienników, czasopism lub innych publikacji prasowych (…) z powodu ich linii programowej, treści, albo regulaminów świadczenia tych usług (…)”.

Czyli przykładowo: Facebook nie będzie mógł blokować nienawistnych treści, internetowe wydania gazet nie będą mogły moderować dyskusji, eliminując z nich np. wpisy szerzące nienawiść. A producent sprzętu elektronicznego – że jego towar jest wadliwy. W ramach walki z fake newsami usługodawcy internetowi byliby „zobowiązani umożliwić usługobiorcom opatrzenie danej informacji symbolem graficznym i opisem, jako wątpliwej co do prawdziwości lub rzetelności”. Poza tym udostępniający stronę internetową powinien „zapewniać społeczną formę weryfikacji tych informacji tak co do źródła, ich prawdziwości oraz rzetelności”.

Jak? O tym ma zdecydować przewodniczący Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji w porozumieniu z konkretnym usługodawcą. A więc regulaminy internetowe poszczególnych firm pisać będzie przewodniczący KRRiTV. I nie jest pewne, czy reguły np. dla „Gazety Polskiej Codziennie” będą takie same jak dla „Gazety Wyborczej”.

Dziś administrator strony może zablokować na niej treść, którą uzna za bezprawną czy szkodliwą. Np. organizatorzy Marszu Niepodległosci co roku walczą o przywrócenie strony blokowanej przez Facebook, z powodu np. prezentowania na niej faszystowskiego symbolu falangi. Ale na blokadę skarżą się też internauci piszący o pedofilii w Kościele katolickim czy o tolerowaniu tego zjawiska przez papieża Jana Pawła II.

Dziś jeśli autor treści nie zgadza się z blokadą, może iść do sądu. Gdy wygra – może żądać zadośćuczynienia, a wpis powinien zostać odblokowany. Projekt PiS uniemożliwia administratorowi zdjęcie wpisu, dopóki nie dostanie oficjalnego żądania, w którym żądający wskaże, dlaczego uważa, że wpis narusza prawo lub dezinformuje. Przewiduje też specjalny, 24-godzinny tryb orzekania przez sąd w sprawach spornych.

Gołym okiem widać, że nowe prawo wcale nie przyczyniłoby się do lepszego niż dziś eliminowania z internetu treści sprzecznych z prawem czy fałszywych. Bo raczej utopijna jest myśl, że sądy w 24 godziny ustalą, czy jakiś wpis np. narusza czyjeś dobra osobiste, jest nawoływaniem do nienawiści na tle rasowym czy kłamstwem. Gołym okiem widać też, że projekt ingeruje w swobodę kreowania linii mediów wydawanych w internecie. A także w ich wolność gospodarowania – w tym wypadku przyjęty model biznesowy. Będą musiały tolerować setki nienawistnych czy prowokujących wpisów dokonywanych przez wynajmowanych przez przeciwników politycznych trolli i przez boty (wpisy generowane automatycznie). Bo żeby zdjąć każdy z takich wpisów, będą musieli dostać na niego skargę od konkretnej osoby.

Czy ten projekt to próba przejęcia przez PiS kontroli nad dostępnym w Polsce internetem? Rzeczywiście przez uzależnienie warunków, na jakich mogą działać w internecie poszczególni usługodawcy – np. portale internetowe czy komunikatory – od decyzji przewodniczącego KRRiTV projekt daje państwu władzę nad tymi mediami. Szczególnie jeśli PiS powierzy tę władzę zamiast KRRiTV własnej Radzie Mediów Narodowych.

Ten projekt to raczej kolejna, niezbyt udana próba uregulowania internetowej komunikacji. Komunikacji, która tworzy szereg problemów przez swoją powszechną dostępność i niezwykłą siłę, z jaką działa. W sprawach dobrych – np. akcje pomocowe, jak i w złych – np. samobójstwa dzieci i nastolatków spowodowane hejtem.

Mamy z komunikacją podobny problem jak np. z zatrudnieniem czy dostępem do innych dóbr należących do sfer, w których realizują się prawa człowieka: coraz mniej zależą one od państw, a więcej od władzy niewybieranej w demokratycznych wyborach. Czyli od władzy niezwiązanej konstytucjami i międzynarodowymi konwencjami, które są gwarantem praw i wolności człowieka.

Dlatego regulowanie wolności słowa na świecie jest normą, a w poszczególnych krajach różni się jedynie granicą zakazów. W USA tą granicą jest nawoływanie do czynnej agresji, i to w warunkach, które taką agresję umożliwiają. W Europie zaś mamy szereg przepisów zakazujących różnie definiowanej mowy nienawiści. Generalnie międzynarodowe traktaty próbują szukać równowagi pomiędzy wartością, jaką jest wolność słowa i poglądów i prawo do informacji, a spokojem i bezpieczeństwem – tak publicznym, jak jednostek.

Pod koniec 2012 r. grupa państw podjęła w ramach ONZ próbę ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]