POLITYKA

Piątek, 21 lipca 2017

Polityka - nr 22 (3061) z dnia 2016-05-24; s. 22-23

Polityka

Janina Paradowska

Się nie udał

Mija rok od sensacyjnych wyborów prezydenckich, w których wcześniej nieznany szerzej Andrzej Duda pokonał absolutnego faworyta Bronisława Komorowskiego. Co zrobił z tym zwycięstwem nowy prezydent?

Dla przeciętnego wyborcy PiS Andrzej Duda jest kimś w rodzaju pomazańca, zwłaszcza od czasu, kiedy złapał w locie hostię, ratując ją przed upadkiem. Jako prezydent w rankingach ma o wiele niższe notowania od poprzedników. Bywają okresy, że więcej uwagi przyciąga żona, a zwłaszcza jej wystylizowane kreacje.

Co więc po roku od wyboru (24 maja 2015 r.) wiemy o prezydencie Dudzie, który nagle, dzięki Jarosławowi Kaczyńskiemu, wyłonił się z politycznego niebytu. Na początku wiadomo było tyle, że nie ma doświadczenia politycznego, bo trudno za takie uznać pracę w roli podsekretarza stanu w kancelarii prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Nawet ówcześni najważniejsi współpracownicy Kaczyńskiego słabo go sobie przypominają, tkwił bowiem w sprawach prawnych, raczej technicznych, stawał przed Trybunałem Konstytucyjnym i był miły. Nie miał żadnej samodzielnej pozycji politycznej, nie należał do zaufanego grona ludzi dawnego Porozumienia Centrum, stanowiących przyboczną gwardię Kaczyńskiego.

Kim jest ten Duda? – pytano zatem. Takich pytań nie stawiano wcześniej. Lech Wałęsa to marka światowa, lider Solidarności i wielkiej ustrojowej przemiany. Aleksander Kwaśniewski, polityk dojrzały, uratował postkomunistyczną lewicę przed odejściem w niebyt, przeprowadził ją do nowych czasów i mocno odmienił. Bronisław Komorowski nie miał cech lidera, ale rekompensował to dużym doświadczeniem w sprawach państwowych, bo różne rządowe stanowiska zajmował od 1989 r., był marszałkiem Sejmu, politykiem dojrzałym, z pięknym opozycyjnym życiorysem. W ostatniej kampanii wyborczej atuty okazały się jednak wadami.

Pod koniec kampanii Komorowski symbolizował obciach, a Duda efekt świeżości, odmiany, nawet nadziei. Te określenia można było najczęściej znaleźć w komentarzach po jego wyborze. I niósł jeszcze wór obietnic, przeważnie kosztownych, ale atrakcyjnych, takich jak choćby przywrócenie wcześniejszego wieku emerytalnego. Nie wiadomo do dzisiaj, czy Duda w pełni rozumiał, w jakiej grze uczestniczy. Czy zdawał sobie sprawę, że jest tylko częścią wielkiego marketingowego planu „ocieplania PiS” na czas obu wyborów, że zaraz po nich nastąpi gwałtowna zmiana wizerunku i powrót do najtwardszej wersji polityki Jarosława Kaczyńskiego? Czy może wierzył, że teraz to on i Beata Szydło będą naprawdę rozdawać karty? Tylko sam prezydent Duda może to powiedzieć i może kiedyś to zrobi.

Ważny był moment startu prezydentury. Logika wyborów prezydenckich jest taka, że każdy zwycięzca zastaje Polskę podzieloną na pół. Czasem dramatycznie. Tak było zawsze, wyjąwszy reelekcję Aleksandra Kwaśniewskiego, która właściwie była spacerkiem po władzę. Lech Wałęsa wygrał po wyniszczającej wojnie na górze w obozie Solidarności, po brutalnej, populistycznej kampanii, kiedy to kandydat znikąd pokonał Tadeusza Mazowieckiego w pierwszej turze. Prezydenturę obejmował z wąskim zapleczem politycznym braci Kaczyńskich i liberałów, przy odmowie współpracy ze strony większości dawnej opozycji, widzącej w nim zagrożenie dla demokracji. Był jednak silny własną pozycją polityczną, a także pamięcią pierwszej Solidarności, w szeregach której, mimo wszystkich obaw, miał też poważanie.

Kwaśniewski w 1995 r. wygrał o włos, o ważności wyboru decydował Sąd Najwyższy rozpatrujący prawie 500 tys. (taka była przewaga nad Wałęsą w samych wyborach) jednobrzmiących protestów przeciwników, zorganizowanych głównie przez Radio Maryja, zarzucających, że zostali wprowadzeni w błąd w sprawie wykształcenia kandydata lewicy. Dramatycznie wieszczono, że zwycięstwo postkomunisty zamyka nam drogę do Unii Europejskiej i NATO, że demokratyczne reformy zostaną zahamowane. Te obawy się nie potwierdziły.

Pozycja Bronisława Komorowskiego była inna. Przy Donaldzie Tusku nie był politycznym wojownikiem, a sam Tusk, który z prezydentury zrezygnował, sprowadził ją do anegdotycznego już pilnowania żyrandola. Był więc Komorowski w gruncie rzeczy kandydatem zastępczym, ale okazał się politykiem solidnym, mającym własne zdanie. Ważne są okoliczności, w jakich Komorowski obejmował urząd, a były one nie do pozazdroszczenia. Po katastrofie smoleńskiej, w klimacie wrogich manifestacji pod krzyżem przed prezydencką siedzibą, rósł mur nienawiści. Mimo to spokojem, który w kolejnej kampanii okazał się przekleństwem, ten mur kruszył i zyskiwał rekordowe zaufanie sięgające ponad 70 proc., kiedy premier Tusk je tracił.

Duda obejmował urząd w warunkach zgoła innych. Można powiedzieć komfortowych. Po wyborze poświęcił się kampanii PiS; objazd kraju był podróżą triumfalną, z uwielbieniem wyznawców. Złe wrażenie robiła arogancja wobec rządu Ewy Kopacz czy trudności z budowaniem zaplecza, bo już wówczas prezes Kaczyński musiał mieć na wszystko oko i ustanowił system kontroli. Nie miało to jednak wtedy większego znaczenia, choć było sygnałem ostrzegawczym. Zasadnicze pytanie brzmiało: na ile Andrzej Duda zdoła być samodzielny, czy potrafi mieć ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]