POLITYKA

Sobota, 19 sierpnia 2017

Polityka - nr 14 (3105) z dnia 2017-04-05; s. 12-14

Temat tygodnia

Jerzy Szacki

Siedem lat pod brzozą

Grupa polityków i sympatyków PiS na siódmą rocznicę katastrofy smoleńskiej zamówiła u Wojciecha Korkucia plakat. Artysta połączył na nim napisy „Katyń” i „Smoleńsk” hasłem „Prawda jest cierpliwa”.

Cierpliwość to teraz ważne słowo w kontekście Smoleńska, kiwa głową poseł PiS. Partia rządzi już niemal półtora roku, kontroluje prokuraturę, służby, MSZ, a na tzw. odcinku smoleńskim sukcesów brak. Nie ma dowodów, nie ma wyroków, nie ma raportu, nie ma wraku. Jest za to rywalizacja pisowskich klanów, rosnąca nieufność do Antoniego Macierewicza oraz słabnące zainteresowanie tematem wśród wyborców i szeregowych polityków ugrupowania.

– Dla wielu posłów PiS Smoleńsk stał się sprawą drugorzędną, istotną jedynie o tyle, że jest ważna dla Jarosława Kaczyńskiego. Nawet w rodzinach ofiar związanych z PiS podnoszą się głosy krytyczne wobec Macierewicza – że nie ma efektów pracy podkomisji, że dodawanie nazwisk ofiar do apelu poległych było niepotrzebne – opowiada posłanka PiS. – A wyborcy, którzy kiedyś na każdym spotkaniu dopytywali o katastrofę, dziś interesują się przede wszystkim walką z sędziami, mediami i tym, jak powstrzymać napływ uchodźców – dodaje.

Po pospieszającym go artykule w prawicowym tygodniku „Do Rzeczy” Macierewicz złożył zapowiadane od miesięcy doniesienie na Donalda Tuska, zarzucając mu „zdradę dyplomatyczną” – i tyle.

Zespół parlamentarny ds. wyjaśnienia przyczyn katastrofy prezydenckiego tupolewa wprawdzie się na początku kadencji ukonstytuował – parlamentarzyści dostali mocną sugestię, że mają się zapisać – ale nie podjął prac. – Z miesiąc temu dostaliśmy esemes, że będzie posiedzenie, ale potem przyszła informacja, że jednak odwołane – wspomina posłanka PiS. Zespół zbierze się być może z okazji siódmej rocznicy, ale zasadniczo nie ma racji bytu, bo sprawę wyjaśnia powołana przez Macierewicza podkomisja. Jej obrady i efekty prac nie są jednak upubliczniane, w przeciwieństwie do bardzo aktywnego medialnie zespołu w poprzednich kadencjach.

Na smoleńskich miesięcznicach – w marcu była już 83. – prezes PiS powtarza: „Będzie prawda wbrew tym, którzy tutaj krzyczą” (styczeń 2017 r.), „Ta prawda wyjdzie na jaw wbrew wszystkiemu, wbrew wszystkiemu zwyciężymy w tej walce” (luty), „Będzie wolna Polska, będzie prawda o Smoleńsku i będzie klęska tych, którzy są łotrami” (marzec). Jakaś bezradność pobrzmiewa w tych comiesięcznych zapowiedziach najpotężniejszego polityka w Polsce.

Katastrofa na dwóch płaszczyznach

Są z grubsza dwie płaszczyzny, na których PiS zajmuje się katastrofą smoleńską. Na płaszczyźnie symboliczno-politycznej celem jest nadanie sensu śmierci Lecha Kaczyńskiego, przekonanie Polaków, że doszło do zamachu, za którym stał duet Donald Tusk-Władimir Putin (zawsze przydaje się w tym kontekście wspólne zdjęcie obu przywódców z 10 kwietnia, na którym polski premier wygląda, jakby się uśmiechał) oraz zawłaszczenie pamięci o katastrofie. Z tego punktu widzenia kompletnie nieistotne są detale, zmieniające się wersje, historie o sztucznej mgle, dwóch wybuchach na pokładzie czy celowo wywołanej awarii. Istotne są emocje, które można wywołać i które służą budowie mitu.

To jest sfera smoleńskiej fizyki i smoleńskiej polszczyzny. Nie ma „zmarłych”, są „zdradzeni o świcie” i „polegli”; liczy się wywołanie atmosfery tajemniczości i walka z ustaleniami komisji Jerzego Millera z lipca 2011 r. Przypomnijmy, jej eksperci orzekli, że przyczyną katastrofy było „zejście poniżej minimalnej wysokości zniżania, przy nadmiernej prędkości opadania, w warunkach atmosferycznych uniemożliwiających wzrokowy kontakt z ziemią i spóźnione rozpoczęcie procedury odejścia na drugi krąg. Doprowadziło to do zderzenia z przeszkodą terenową [chodzi o brzozę], oderwania fragmentu lewego skrzydła wraz z lotką, a w konsekwencji do utraty sterowności samolotu i zderzenia z ziemią”. Raport Millera wskazał więc przede wszystkim na błędy załogi, choć wytknął też błędne komunikaty rosyjskim kontrolerom.

Z kolei wedle najnowszej wersji Macierewicza piloci tupolewa do ostatnich chwil próbowali „wyprowadzić polską delegację z zasadzki”; słowo „zasadzka” jest zapewne świadomie użyte w takim kontekście, że nie bardzo wiadomo, o co chodzi. Czy może raczej – wszyscy wiedzą, co minister miał na myśli, ale jak się wersja zmieni, to będzie można żonglować znaczeniem słowa „zasadzka”.

Historia dowodzi bowiem, że Macierewicz może o katastrofie mówić dowolne rzeczy i dowolnie przykrawać teorie do potrzeb chwili czy nastroju audytorium. W okolicach drugiej rocznicy tragedii na spotkaniu z wyborcami w Krośnie ogłosił, że katastrofa była „wypowiedzeniem Polsce wojny”. I co? I nic. Ani on nie wyciągnął z tego konsekwencji, ani wobec niego nie wyciągnięto konsekwencji, poza wsadzeniem do szafy na czas kampanii wyborczej 2015 r.

Bo (przepraszam za truizm) PiS potrafi podchodzić do tematu Smoleńska instrumentalnie. Trudno zapomnieć jedne z pierwszych uroczystości rocznicowych, gdy spiker na wiecu PiS posegregował ofiary: najpierw wyczytał nazwiska ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]