POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 36 (2721) z dnia 2009-09-05; s. 49

Kultura / Kawiarnia Literacka

Sylwia Chutnik

Sierpniowe damy

Sierpień był miesiącem mojego miasta. Otwartych kanałów, spalonych tramwajów i samolotów zrzucających bomby. To także grzebanie w pamięci, wspomnienia, spotkania z kombatantami i pytanie: „A jak wam tam było?”. Ano, jakoś.

Pracując przy projekcie Fundacji Feminoteka, dotyczącym życia codziennego kobiet w Powstaniu Warszawskim, miałam okazję porozmawiać z uczestniczkami życia „wtedy”. Alicja Kubecka, Barbara Tyc, Teresa Bojarska, Barbara Malinowska. Zawsze eleganckie, rozgadane, z ciasteczkami na talerzyku, z herbatką. Krzyczą na nas „macie to wszystko zjeść, nie możecie być głodne”. Wchodzimy z kamerami do ich wysprzątanych domów, rozkładamy te kable, światła. One onieśmielone „oj, ja się do filmu nie nadaję”. Ale już poprawiają włosy, już się przysposabiają. Siadają. A może wam, dziewczynki, jeszcze co dać do jedzenia. Może wy głodne. Znowu jeść, jak u babci. Tachacie te ciężkie sprzęty, bidulki. I rzeczywiście, te trzydziestoletnie dziewczynki wyglądają na sto razy bardziej zmęczone życiem niż łączniczki, sanitariuszki, szyfrantki.

A tymczasem już babcie opowiadają: otóż to było tak, że kazali mi się po dwóch dniach wrócić do domu. Dowódca mówi „nie ma sensu tu siedzieć, nic się nie dzieje”. Nie wiem, dla mnie to walki w mieście trwały już trzy dni, buchało, szumiało, ale on mówi, że nie – do domu. Poszłam więc na Koszykową, akurat matki nie było w domu. Wzięłam z szafy pierwszą lepszą bluzkę i poleciałam do kolegów, w okolice Olesińskiej. No, ale ta bluzka to była taka z bufkami, niebieska w kwiaty. Jak ja się jej potem przez cały miesiąc wstydziłam!

W kwiaty! Na powstanie! Cała reszta jakoś normalnie ubrana, w drelichy, nawet białe koszule. Tylko ja w tych kwiatach jak na imieniny. Nie wiem, to było niepoważne. Inna wyszła w letniej sukience. Dwa miesiące w niej była i w jednych majtkach. Dopiero w obozie dali jej kombinezon, to się przebrała.

Kolejny wywiad, pani opowiada, że jej siostra w dziewiątym miesiącu ciąży opuszczała miasto do obozu. „Jak ta Warszawa wyglądała, to było, proszę pani, straszne. Gruzy, tak szaro, nic nie było. Człowiek jechał po mieście i nic nie istniało. Żadnego całego domu nie widziałam, od Marszałkowskiej po Pruszków. Kierowca, co nas wiózł do pociągu, już na samym początku powiedział, że mamy nie płakać, żadnych krzyków i lamentów. Ot, jedziemy tutaj sobie na przejażdżkę i nic nas nie rusza, że za oknem zniszczone życie nam macha ręką na do widzenia. A ta ręka też złamana, w kilku miejscach, zwisa bezwładnie na samych żyłach. I, proszę sobie wyobrazić, że nikt nie zapłakał. Tak, jak obiecaliśmy szoferowi”.

Pytamy też o sprawy, o które pytać nie należy. Gdzie się sikało w powstaniu, a co robiły kobiety, jak miały okres. I się okazało, że kobiety okresu właściwie nie miały. Może nerwy, adrenalina, może organizm sam wiedział, że to bez sensu i po co robić dodatkowe problemy. Słyszymy opowieści o sukienkach ulubionych, co się przedarły, o sympatiach wśród chłopców morowych, co to na akcje chodzili. Jeszcze o jednej dziewczynie, co chciała za takiego chłopca wyjść, ale była za młoda. Napisała list do matki, aby wyraziła zgodę na ożenek, bo się ksiądz uparł, że nie da ślubu. Ale zanim odpowiedź przyszła („błogosławię was, córeczko kochana”), to już ani tej dziewczyny, ani chłopaka nie było. I tyle z tego ślubu.

Płyną historie o rozwalonych ludziach z parującymi wnętrznościami na wierzchu, jak się nad nimi pochyla sanitariuszka i już nic nie może zrobić, bo przecież tego wszystkiego tam nie wepchnie. Daje więc ostatnią ampułkę morfiny, żeby chociaż nie bolało tak bardzo. Dziewczyna leci dalej, ktoś za rogiem jęczy.

My z Anią, te dziewczynki od kamer, beczymy, aż głupio. A panie nas pocieszają, panie udają, że nie widzą, jak nam te łzy lecą. I my, Grażyny Torbickie, się opanowujemy i dalej „no dobrze, a jakie były pani losy po upadku”. Wszystkie przez Pruszków, obóz przejściowy. Potem obóz w Ravensbrück albo ucieczka z wagonu. Tułaczka po Polsce, gdzieś do rodziny na wsi, aby przeczekać, skryć się i uchować. Potem represje polityczne, kończenie szkoły, zamążpójście, dzieci. Na półce stosy książek o powstaniu, a obok wiszące przepustki z Muzeum na jakieś uroczystości.

Jedna pani mówi: „mi to się życie skończyło po powstaniu”. Przez cały czas walczy o pamięć. Współpracowała z dwiema paniami generał: Marią Wittek i Elżbietą Zawacką. Również pisze: wspomnienia, wiersze, biogramy koleżanek z konspiracji. Aż do teraz, bo przestała widzieć. Pytamy, no to może na dyktafon nagrywać. E, nie, nie potrafi. Musi czuć długopis albo klawisze maszyny do pisania. A ona tylko zarysy widzi, ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Sylwia Chutnik, ur. w 1979 r., absolwentka Gender Studies, kulturoznawczyni, przewodniczka po Warszawie. Za debiutancką powieść „Kieszonkowy atlas kobiet” dostała w tym roku Paszport „Polityki”.