POLITYKA

Piątek, 26 maja 2017

Polityka - nr 12 (2697) z dnia 2009-03-21; s. 14-16

Temat tygodnia

Jacek Żakowski

Siła przewodnia

Spór między zwolennikami systemu wielo‑ i dwupartyjnego tak mocno się zadomowił w polskiej polityce, że nie zauważyliśmy, kiedy zaczął się tworzyć system jednopartyjny.

Platforma Obywatelska rządzi 16 miesięcy. Rządzi bez wielkich wpadek, ale też bez dużych sukcesów. A przynajmniej poniżej wyborczych obietnic i oczekiwań sprzed roku. Może to nawet dobrze. Strach pomyśleć, gdzie byśmy dziś byli, gdyby w pierwszych powyborczych miesiącach rząd przeprowadził w Sejmie swoje sztandarowe hasła i gdyby kryzys dopadł nas w czasie, gdy reformy najwięcej kosztują, a na korzyści (jeżeli by były) długo trzeba jeszcze czekać.

Przez te 16 miesięcy PO różnymi pomysłami, decyzjami i zaniechaniami w różnym stopniu skierowała przeciw sobie liczne środowiska. Lekarzy i pielęgniarki, celników, związkowców, feministki, nauczycieli, niedoszłych wcześniejszych emerytów, rodziców sześciolatków, stoczniowców, naukowców, zbrojeniówkę, fundamentalistów rynkowych, katolickich tradycjonalistów, służby mundurowe, nawet część pracodawców. Rząd PO-PSL – jak kiedyś rząd AWS-UW – szybko wszedł w konflikt (o KRUS, o podatek Belki, o sprzątanie po PiS) z tymi środowiskami, które stanowiły jego wyborcze zaplecze. Może żaden z tych konfliktów nie był bardzo gorący, ale też niemal każdy objął istotną grupę aktywnych wyborców.

Na zdrowy rozum w takiej sytuacji popularność premiera, rządu i sprawującej władzę koalicji powinna szybko topnieć, a w siłę powinny rosnąć partie opozycyjne. Sondaże pokazują, że nic takiego się jednak nie dzieje.

W badaniach różnych ośrodków – wyjąwszy chwilowe ekscesy – poparcie dla PO jest dość stabilne. Opozycja manewruje na najrozmaitsze sposoby, zmienia wizerunki, fryzury, twarze, poetyki, odzież, retoryki, programy, alianse, grupy docelowe i trasy podróży po kraju. Koalicja się spiera i godzi, zgłasza kolejne projekty i się z nich wycofuje, odnosi sukcesy i porażki, nawet walczy ze sobą w Olsztynie. Niby więc wciąż coś się dzieje, nowe fronty otwierają się i zamykają, codziennie ktoś coś wygra, a ktoś inny coś przegra, ale proporcje politycznej siły w czworokącie PO-PiS-SLD-PSL wahają się w niewielkim przedziale.

Jak dobrze by nie szło opozycji i jak źle by nie szło koalicji, na PO nie ma mocnych. Bo Platforma rozciągnęła się w niespotykanie szerokim politycznym szpagacie – od integrystycznego Gowina do libertyńskiego Palikota, od miękko liberalnego Boniego do fundamentalistycznie rynkowego Chlebowskiego i od skrajnie rygorystycznego Czumy do zawsze umiarkowanego Komorowskiego...

PO tak się ułożyła na scenie politycznej, tak sprytnie buduje mosty między swymi niebotycznie rozciągniętymi skrzydłami, że poza nią zostało niewiele przestrzeni i powietrza dla innych. Zwłaszcza że ci inni wciąż nie bardzo wiedzą, co ze sobą zrobić. SLD nie umie się zdecydować, czym dziś jest lewicowość, a PiS popadł w opozycję totalną, to znaczy wciąż histeryzuje z jakiegokolwiek powodu (nawet z powodu samolotowego obłędu Rokity) i histerycznie odrzuca, cokolwiek PO powie. Nawet jeśli oznacza to potępienie własnych pomysłów sprzed półtora roku.

Jeśli nie jest się aparatczykiem poprzedniego systemu, radykalnym działaczem związkowym, skrajnym tradycjonalistą albo ksenofobem, a chce się oddać głos na partię, która wejdzie do Sejmu, trudno jest poza kręgiem PO znaleźć reprezentację swojego stanowiska. Realna opozycja – integralna, wyrazista, programowa, konsekwentna, czytelna – czyli LPR z prawej i SDPL z lewej, jest dziś poza Sejmem albo praktycznie bez szans, by wejść do następnego Sejmu. Co więcej, nic nie wskazuje, by taka sytuacja miała ulec zmianie. Rok temu Platforma wygrała, bo w oczach wyborców stała się głównym anty-PiS. Dziś PO dominuje, bo nikt nie tworzy sensownej alternatywy.

Nawet jednak gdyby PiS czy SLD stworzyły na papierze alternatywne programy i sensowne wizje dla Polski, chwilowo trudno by było przekonać do nich społeczeństwo. Polacy wciąż jeszcze dobrze pamiętają niedawne rządy PiS (2005–2007) i SLD (2001–2005). Zbyt dobrze, żeby łatwo uwierzyć gołębim uśmiechom prezesa Kaczyńskiego (który jednak uparcie promuje posła Macierewicza i ludzi Radia Maryja) i lewicowym deklaracjom przewodniczącego Napieralskiego (który na europejską listę SLD ciągnął Leszka Millera).

Wygląda więc na to, że Platforma Obywatelska jako partia sprawująca władzę nie ma dziś w Polsce realnej alternatywy. I to nie tyle w obecnym parlamencie, co w następnym, by dalej nie sięgać. Wiem, wiem – tak się części komentatorów już kiedyś wydawało. Zwłaszcza po oszałamiającym sukcesie SLD w 2001 r., gdy wszystkie inne partie znalazły się w rozsypce. W nieco mniejszym stopniu po sukcesie AWS w 1997 r. Ale to były inne sytuacje. SLD nie udało się przesunąć z lewej strony do centrum, chociaż Leszek Miller próbował takiego manewru, flirtując z neoliberałami i neokonserwatystami. AWS nie tylko nie dał zaś rady wbić się do centrum (gdzie tkwiła Unia Wolności), ale nawet nie umiał zbudować w miarę zwartej prawicy.

W odróżnieniu od swoich poprzedników, Platforma jako partia ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Załączniki

  • Sondaż

    Sondaż - [rys.] JR

  • Zaufanie do polityków PO (w proc.)

    Zaufanie do polityków PO (w proc.) - [rys.] JR