POLITYKA

środa, 27 sierpnia 2014

Polityka - nr 8 (2543) z dnia 2006-02-25; s. 51-53

Świat / Języki narodowe

Marek OstrowskiAdam Szostkiewicz

Słowa na chwałę mowy

Mamy niebywałą podwójną okazję porozmawiać, jak się miewają języki narodowe. 21 lutego świat obchodził Dzień Języka Ojczystego, a Senat RP ogłosił cały rok 2006 Rokiem Języka Polskiego.

Apologeta języka francuskiego, wielki pisarz Antoine de Rivarol, głosił: „Języki psują się i przemijają, bo idą za schyłkiem państwa”. Wybieramy przykład Francji dla wyrazistszej tezy, bo we Francji obrona, czy lepiej ochrona, języka ojczystego to z pewnością nie tyle dziedzina kultury, co misja polityczna, a nawet religia państwa. Już Franciszek I – w głośnym edykcie z 1539 r. – zobowiązał sądy i urzędy do posługiwania się francuskim zamiast łaciną – wszak kto ma język, ten ma władzę. Królowie i prezydenci trzymali się przez wieki tej samej zasady: „Poprzez politykę podatkową, archiwa, swego rodzaju »pamięć« państwa, a szczególnie poprzez język – państwo buduje swój autorytet, swe panowanie nad obywatelem francuskim”.

Okopami trwałej obrony języka we Francji są najpierw instytucje. To jeden z nielicznych krajów na świecie, który stworzył areopag, grono otoczone powszechnym szacunkiem – Akademię Francuską, a pierwszym oficjalnym zadaniem tego ciała jest opracowywanie słownika języka francuskiego. Akademicy, wśród nich najwybitniejsi pisarze, dotarli w swym trudzie dopiero do litery M. Dlaczego tak wolno?

– To równocześnie oswajanie i zawłaszczanie języka. Tak jak Ludwik XIV wychowywał szlachtę francuską, osadzając ją na swoim dworze w Wersalu, tak Akademia kultywuje język, oczyszczając go z regionalizmów, dialektów i składników niepożądanych – mówi Marc Nouschi, historyk i dyrektor Instytutu Francuskiego w Warszawie.

Nie sama Akademia, jest także teatr Comedie Française – z misją kultywowania języka w jego klasycznym wydaniu, z dbałością o dykcję i (archaiczne?) piękno, wykluczony tam jest bełkot. Elementem najistotniejszym jest oczywiście szkoła publiczna i armia. Amerykański historyk Eugene Weber zachwycał się sposobem, w jakim francuska III Republika wyczyściła język francuski z dialektów – poprzez rozwój obowiązkowej, bezpłatnej i laickiej oświaty. I nie szczędząc uczniom kar cielesnych! – Kiedy dziecko używało patois, swojej gwary, nauczyciel nakazywał ułożenie dłoni tak, by opuszki palców były wysunięte do góry, i uderzał w nie linijką, co było, pamiętam ze szkoły podstawowej, bardzo bolesne – wspomina Noushi. Karano w ten sposób nie tylko wyrażenia gwarowe czy regionalizmy, ale i błędy w języku literackim. Także obowiązkowa służba wojskowa stanowiła machinę dla wyplenienia dialektów czy gwar. Pakowano nieuków do aresztu!

To akurat w Polsce byłoby nie do pomyślenia – zwłaszcza dzisiaj. Odradzają się u nas kultury regionalne, a z nimi poczucie dumy z przynależności do nich i z lokalnej mowy. Rodzi to jednak zaskakujące niespodzianki, czego świeżym przykładem było spięcie między władzą kościelną a autorami i entuzjastami przekładów świętych tekstów chrześcijaństwa na mowę śląską czy góralską (a także, o zgrozo!, na narzecze hip hopu). W tle czaić się może poważniejszy problem – właśnie polityczny – kiedy, znów na Śląsku, od sprawy dialektu można przejść do postulatu legalnego uznania narodowości śląskiej. Jednak generalnie – inaczej niż Francuzi – widzimy w gwarach i regionalizmach nie zubożenie i zagrożenie dla jedności republiki, lecz bogactwo kulturowe.

We Francji elementem kluczowym jest duchowe porozumienie wszystkich sił politycznych, że sam język francuski stanowi nie tylko tworzywo kultury, ale też narzędzie polityczne: jest językiem Republiki – w patosie francuskim – jednej i niepodzielnej, jest językiem oświecenia, prawa i postępu. We Francji panuje swego rodzaju zdrowy snobizm na najlepszy możliwy język. To wprost niewiarygodne, lecz wszyscy politycy francuscy jakiegoś kalibru poddawali się dobrowolnie surowym próbom literackim. Generał de Gaulle napisał pamiętniki; transkrypcje zwykłych konferencji prasowych składają się z modelowych zdań ze zdumiewającą zgodnością czasów i trybów (kto zna francuski, wie, że naliczymy tam chyba z 18 form czasownikowych); François Mitterrand był także naprawdę wielkim pisarzem.

Od skrajnej lewicy po skrajną prawicę wszyscy się temu z radością poddają. Tak pomiatany (i słusznie) politycznie Jean-Marie Le Pen jest równocześnie podziwiany za mistrzostwo języka, wręcz finezję w dopieszczaniu końcówek deklinacyjnych i koniugacyjnych. Tego ludzie oczekują od polityków, to się ceni i podoba. Dzisiejszy premier Dominique de Villepin jest nie tylko autorem książek, ale również prawie tysiącstronicowego traktatu o poezji. Takimi atutami nasi politycy jak dotąd, niestety, pochwalić się nie mogą (są oczywiście wyjątki, ale nieliczne). Nad polszczyzną polskich liderów rozwodzić się tu nie będziemy: poprzestaniemy na wyborze opinii kilku znakomitości niepolitycznych (patrz ramka).

Oczywiście wysiłki ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Polacy wobec polszczyzny

Co nas najbardziej razi? (odp. w proc.)

• Wulgaryzmy – 86,3
• Masowe zapożyczenia z języków obcych – 51,4
• Niechlujstwo wymowy – 44,7
• Ubóstwo słownictwa – 24,1
• Za dużo wyrazów „mądrych” – 23,7
• Za dużo wyrazów i wyrażeń potocznych – 14,4

Polszczyzna polityków

Co pieści, a co drażni nasze uszy?

Krzesimir Dębski, kompozytor:

Już Sokrates mówił, że ten, kto pojął zasady harmonii muzycznej, jest godzien sprawować najwyższe funkcje państwowe. Niestety, u nas zrozumienia tej prostej prawdy nie ma w ogóle. Drażni moje ucho, kiedy politycy używają terminów związanych z muzyką. Najlepiej byłoby, żeby mniej mówili, oszczędność nut i słów ma zdecydowanie większą wartość. Jeśli jednak miałbym kogoś wyróżnić, podałbym Jana Rokitę, który wypowiada się w miarę zwięźle i konkretnie, chociaż czasami zbyt kwieciście. Nie lubię natomiast tych, którzy nie potrafią odciąć się od nowomowy rodem z PRL. Takie naleciałości słychać np. u polityków lewicowych, dużo słów, ale wypowiedzianych w taki sposób, żeby nic nie powiedzieć. Niestety, słyszę to też ostatnio u polityków z PiS.

 

Prof. Andrzej Paczkowski, historyk:

Wyróżniam prof. Wiesława Chrzanowskiego, ministra sprawiedliwości w rządzie Jana Krzysztofa Bieleckiego. Prof. Chrzanowski mówił klarownie, dobrymi, nieskomplikowanymi zdaniami. Jego przeciwieństwem był Józef Oleksy, mówił poprawnie, ale za dużo i zbyt szybko, to był dosyć trudny do zaakceptowania potok słów. Dobrą polszczyzną mówi prof. Geremek, ale jego intonacja jest niemiła dla ucha. Z polityków, którzy są obecnie na firmamencie, mógłbym wyróżnić Marka Jurka, który mówi spokojną, poprawną, niekolokwialną polszczyzną.

 

Prof. Jan Miodek, językoznawca i popularyzator języka polskiego:

Szanuję mówców kompetentnych i takich, którzy traktują godnie swoich odbiorców. Wśród polityków do moich faworytów należą Tadeusz Mazowiecki, Bronisław Geremek, Leszek Balcerowicz, Władysław Bartoszewski, Krzysztof Skubiszewski. O reszcie wolałbym w ogóle się nie wypowiadać.

 

Marek Kondrat, aktor:

Dzisiejszy polityk to zawodowiec, nie spełnia już takiej funkcji jak po wojnie, kiedy trzeba było Europę i świat zbudować. Dzisiaj to jest zawód często uprawiany przez ludzi dość przeciętnych. Ich język nie stara się nikogo uwieść swoją urodą. Lubiłem słuchać Tadeusza Mazowieckiego, choć to nie był doskonały mówca, i Bronisława Geremka. Niezły jest Jan Rokita, który używa języka inteligenckiego. Ale ludzi denerwuje u Rokity, że pod warstwą inteligenckości i giętkości języka zawarty jest rodzaj kąśliwości, czegoś takiego, co ma zwrócić uwagę bardziej na mówcę aniżeli na treść jego wypowiedzi.

 

Piotr Nowina-Konopka, prezes Fundacji Roberta Schumana w Polsce, publicysta:

Ważna jest komunikatywność. Moim faworytem jest prof. Geremek, który z całą pewnością włada doskonałym językiem. Zarzucano mu, że wyrażał się po profesorsku. W ten sposób wylano dziecko z kąpielą, brak profesorów z prawdziwego zdarzenia spowodował niezwykłe zubożenie języka politycznego i jego wykoślawienie. Dziś mamy do czynienia z karykaturą języka polskiego, chociaż być może dla wielu łatwiejszą do zrozumienia. Na przeciwnym biegunie umieściłbym Andrzeja Leppera, który udaje, że mówi sprawną polszczyzną, a równocześnie używa słów, nadając im kompletnie odwrotne znaczenie.

 

Andrzej Turski, dziennikarz telewizyjny:

Nie przepadam za niezbyt poprawną polszczyzną marszałka Andrzeja Leppera. Moim faworytem nie jest także Wojciech Olejniczak, który mówi ekspresyjnie, ale niekoniecznie zgodnie z regułami języka. Chwalę Andrzeja Olechowskiego, Donalda Tuska i Marka Borowskiego, a z „nieczynnych” polityków Aleksandra Kwaśniewskiego.

 

Biskup Tadeusz Pieronek:

Wyróżniłbym Jana Rokitę. Potrafi mówić pięknym językiem, ale zdarzają mu się też niedobre wystąpienia. Premier Kazimierz Marcinkiewicz mówi poprawnie, ale ma paskudny akcent. Wiem, że na to już niewiele osób zwraca uwagę, ale mnie to razi. Zawsze z chęcią słucham prof. Bartoszewskiego, to jest niewyczerpane źródło wiedzy i umiejętności wysławiania się.

 

Kazimiera Szczuka, badaczka literatury:

Staram się w ogóle nie słuchać polityków, ale wyróżniam Bronisława Geremka i Marka Borowskiego. Kontrfaworyci to osoby słabo wykształcone, w rodzaju pana Leppera.

Polska łączka nieplewiona

Przykłady chwastów językowych

W czym mogę pomóc? – ang. Can I help you? (niezbyt trafne wydaje się takie otwarcie rozmowy w sektorze usługowym. Nie zwracamy się tam o pomoc, wsparcie, lecz „po swoje”), dlatego dawniej w Polsce nie wstyd było mówić prawidłowo: – Czym mogę służyć?

Dokładnie! – ang. Exactly! Po polsku: Właśnie! Otóż to!

Jakby – błędnie używane w sensie: poniekąd, w pewnym stopniu, przerodziło się w plagę, słyszeliśmy już: „jakby uczciwy”, „jakby wiarygodny”, ze śmieszności mówca przestał sobie zdawać sprawę.

Tak naprawdę – nadużywane; polszczyzna jest bogata i zna inne określenia: w istocie, w rzeczy samej.

Zapis – błędnie używany w znaczeniu paragrafu, przepisu, artykułu ustawy bądź jej projektu, zwłaszcza że „zapis” znany jest prawnikom jako instytucja prawa spadkowego.

Miłego dnia! – ang. Have a nice day, dawniej w Polsce byliśmy hojniejsi; Wszystkiego najlepszego! mogło być i na cały miesiąc.

Witam! – w rozmowie i korespondencji między osobami, które się nie znają, zbyt poufałe.

Napisz esemesa, mejla [e-maila] – błędnie w dopełniaczu, powinno być w bierniku – napisz mi esemes, mejl (nie mówimy przecież, wyślij mi rowera).

Kto decyduje otym, co jest językowo poprawne?

(odp. w proc.)

• Znani językoznawcy i instytucje, np. Rada Języka Polskiego – 41,6

• Wszyscy ludzie mówiący po polsku – 22,8

• Osoby mające wpływ na polszczyznę publiczną, np. dziennikarze – 20,7

• Wykształcone warstwy społeczeństwa – 9,4

Dane: CBOS na zlecenie RJP, 2005