POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 31 (2463) z dnia 2004-07-31; s. 53-55

Kultura / O pochodzeniu wyrazów

Marek OstrowskiAgnieszka Zakrzewska  [wsp.]

Słowa z nazwiskiem

Wzniosę pomnik trwalszy od spiżu – marzył Horacy. Pomniki rdzewieją, a prysznic stoi w co drugiej łazience i jest pomnikiem dr. Priessnitza, niemieckiego lekarza. Żywy język, piękny dowód ludzkiej pamięci, przenosi do panteonu postacie całkiem nieoczekiwane.

Pochodzeniem wyrazów interesowano się już od czasów antycznych. Władysław Kopaliński sporządził nawet „Słownik eponimów” (z greckiego epōnymos – wyraz albo wyrażenie utworzone od imienia albo nazwiska). Zaręcza on, że bardzo to ciekawi czytelników i słuchaczy, choć uprzedza, iż „znajomość pochodzenia wyrazu nie daje żadnej praktycznej korzyści i nie ułatwia bynajmniej lepszego rozumienia go, czy posługiwania się nim, ani (jak dawniej sądzono) przeniknięcia jego prawdziwego sensu”. Jednak właśnie bezinteresowność ambicji poznania – pisze nieoceniony Kopaliński – sprawia, że odczuwamy ją jako cechę szlachetną, choć tajemniczą.

Mając to na uwadze, rozszyfrujmy – w porządku alfabetycznym – pochodzenie kilku popularnych słów, oczywiście jest ich więcej.

Bojkot

Bojkot wziął się od krewkich Irlandczyków, którzy chcieli się na Anglikach zemścić za doznane krzywdy. Otóż po Wielkim Głodzie w Irlandii (1845–1850), za który winą obarczano angielskich właścicieli ziemi, którzy wyrzucali irlandzkich dzierżawców – nastało prawo, że Anglikom nie wolno szukać nowych rąk do pracy, lecz muszą dać pracę Irlandczykom. Wtedy właśnie Irlandczycy zemścili się na najbardziej bezwzględnym z Anglików, emerytowanym kapitanie nazwiskiem Charles Cunningham Boycott (1832–1897). Zboże stało niezżęte, ziemniaki na polu, a tu nikt nie zgłaszał się do pracy u Boycotta. Angielski kapitan zaapelował o pomoc w Ulsterze, trzeba mu było nie więcej niż 12 robotników, by skończyć żniwa. W Ulsterze kłopoty Boycotta potraktowano jako okazję do demonstracji siły. Co z tego, że nie wolno krzywdzić Irlandczyków, niech zwiewają! W trybie nagłym zaczęto montować „Ekspedycję Ratowania Boycotta”, do której ściągnięto 900 żołnierzy. Początkowo Boycott wygrał więc z Irlanczykami, ale prędko musiał się wynieść, bo to on – a nie Irlandczycy – naruszył prawo.

Ten element w bojkotowaniu podoba się prawnikom jako metoda walki. Bojkot bowiem puszcza do przepisów oko, jak piwo bezalkoholowe. Nie można nikogo oskarżyć ani aresztować, bo nie ma prawa, które bojkotujący by naruszali. W tym ich siła. Wkrótce też bojkot stał się groźną i szeroko stosowaną bronią w Irlandii. Kapitan Boycott, a raczej jego wrogowie przyczynili się też wydatnie do uproszczenia języka. Dawniej pokrzywdzeni Irlandczycy musieliby wołać: „Zerwijmy z tym draniem stosunki towarzyskie, zawodowe i ekonomiczne w odwet za doznane krzywdy!”. A tak mogą wrzeszczeć: „Zbojkotujmy drania!”, co jest hasłem dużo lepszym. Stało się tak dzięki emerytowanemu kapitanowi, choć właściwie to Boycott był zbojkotowany.

Ważnym elementem bojkotu jest rozgłos. W przeciwnym razie grozi sytuacja opisana lapidarnie w pysznym rosyjskim przysłowiu: „Baba się gniewa na targ, a targ o tym nie wie”. Bojkot koniecznie trzeba rozgłosić, tak jak w polityce najnowszej próbowali zrobić Amerykanie przeciw Francuzom za krytykę wojny w Iraku. Wezwali więc do bojkotu francuskich towarów. W Internecie chodzi cała ogromna witryna amerykańska pod nazwą Boycott Watch z długą listą firm opatrzonych legendą: V – sprawdzony francuski produkt, X – rzecz niefrancuska? – na razie nic nie róbcie, bo nie wiemy, czy to aby nie produkcja amerykańska. Największy bowiem kłopot, że we współczesnym świecie trudno ustalić prawdziwych właścicieli rozmaitych spółek, zwłaszcza jeśli siedzibę mają w Monako albo na Cyprze. Na przykład miłość francuska nie wiadomo dobrze, czy jest francuska, czy nie i czy należy ją bojkotować? Powstał też poważny kłopot z frytkami, które po angielsku nazywa się french fries, francuskimi frytkami. Gorliwcy bojkociarze przechrzcili je na freedom fries, ale to nie przyjęło się ze względu na styl: mówić przy kiełbasie z musztardą: Dawajcie mi tu frytki wolności – to brzmi śmiesznie i patetycznie.

Lincz

Nic śmiesznego nie ma natomiast w linczu. To z kolei ponury wkład do światowej historii ze strony innego kapitana, Williama Lyncha (1742–1820) z Wirginii. Jej mieszkańcy nie patyczkowali się z kryminalistami podczas rewolucji amerykańskiej. „Jak się który nie poprawia, to będziemy na miejscu stosować kary cielesne takie, jakie się nam wydadzą stosowne do popełnionej zbrodni” – tak instrukcje Lyncha dla jego współobywateli z hrabstwa Pittsylvania przedstawia słownik „The American Heritage”. Chociaż lincze kojarzą się od razu z wieszaniem na drzewie, to Lynch akurat często nie wieszał, a na jego grobie widnieje piękna inskrypcja: „Podążał za cnotą, która mu była najprawdziwszym przewodnikiem”.

Ale już naśladowcy Lyncha na cnotę nie czekali, bo im się za bardzo spieszyło. Po założeniu organizacji Ku-Klux-Klan w 1867 r. liczba bezprawnie zamordowanych – przez kapturowe, to jest anonimowe, sądy &...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]