POLITYKA

Piątek, 26 maja 2017

Polityka - nr 22 (2707) z dnia 2009-05-30; s. 84-85

Świat

Tomasz Zalewski

Słowo na „n”

Wybór pierwszego afroamerykańskiego prezydenta miał być przełomem, szczególnie dla czarnych. Ale czy ich życie rzeczywiście zmieniło się tak bardzo, jak się spodziewali?

Po ukończeniu szkoły średniej Abdul Muslim początkowo chciał zapisać się do MC, dwuletniego community college, uczelni, która przygotowuje, głównie biedotę i nieudaczników, do zdawania na czteroletni uniwersytet, ale sama w sobie nie daje żadnych szans awansu. Ostatnio postanowił jednak, że będzie studiował w normalnym czteroletnim college’u Norfolk State University (to jeden z tradycyjnych czarnych uniwersytetów amerykańskiego Południa). Zamierza zostać inżynierem optykiem. Do zmiany planów – jak mówi – skłonił go wybór pierwszego afroamerykańskiego prezydenta. – Obama pozwolił mi inaczej spojrzeć na życie. Otworzył drzwi dla wszystkich – mówi. – Nie ma już wymówki, że czegoś nie można osiągnąć, bo rasa jest barierą nie do przebycia – dodaje jego koleżanka Ashley Dwumfour.

Dla mojego pokolenia wydawało się to nierealne – mówi o wyborze Obamy dwa razy starszy od obojga Michael Hunt, koordynator programów w szkole. – Od lat mówiliśmy uczniom, że wszystkie drogi stoją przed nimi otworem, ale sami w to nie wierzyliśmy. Rasizm w tym kraju jest zinstytucjonalizowany. Ale teraz trudniej się na to powoływać.

W Wheaton Senior High School, szkole na północno-wschodnich robotniczych przedmieściach Waszyngtonu, przeważają czarni i Latynosi. Uczą się gorzej od białych i Azjatów. Ale od zeszłego roku o co najmniej 10 proc. spadła liczba uczniów z najniższymi ocenami albo przerywających naukę przed dyplomem. – To nie przypadek – uważa Hunt. – Dostrzegam w nich większe poczucie celu w życiu. Obama to prawdziwy wzór osobowy. Widzą, że karierę można zrobić nie tylko będąc raperem albo koszykarzem.

To proces stopniowy – mówi nauczycielka angielskiego Sheranda McRae. – Ale już dziś widać zmiany, na przykład w sposobie, w jaki uczniowie się do siebie zwracają. Znacznie rzadziej używają zwrotów uwłaczających. Jak słowa na „n”... – wyjaśnia Hunt – prawie się już go nie słyszy. Słowo na „n” to nigger (czarnuch), zabronione dziś w języku publicznym tak jak wulgaryzmy. Młodzi z gangów używają go autoironicznie.

Optymizm w Wheaton High School podziela większość Afroamerykanów. Według sondażu dziennika „New York Times” z okazji 100 dni prezydentury Obamy, obecnie dwa razy więcej czarnych niż rok temu jest zdania, że stosunki rasowe w USA są „ogólnie biorąc, dobre”. 70 proc. uważa, że „Ameryka zmierza w dobrym kierunku” (w całej populacji takie przekonanie żywi tylko 34 proc.). Trudno to uznać za zaskakujące. Radosny nastrój zakłócił jednak w lutym nowy prokurator generalny, czarnoskóry Eric Holder. „W sprawach rasowych zawsze byliśmy i nadal w istocie jesteśmy narodem tchórzy. Po prostu nie rozmawiamy wystarczająco ze sobą o sprawie rasy” – powiedział.

Holder ściągnął na siebie gromy konserwatywnych komentatorów. Jak można mówić o tchórzostwie, skoro kraj właśnie wybrał pierwszego czarnego prezydenta. Prokurator nie rozumie, że powściągliwość w poruszaniu tematu rasowego to wyraz dobrego wychowania – napisał w „Washington Times” jego były naczelny Wesley Pruden. Ale Holder przypomniał po prostu o tym, o czym się zapomina, kiedy Obama stoi przed rzadko spotykanym w historii Ameryki ogromem problemów, którymi żyje cały kraj i które nie mają na ogół bezpośredniego związku z rasizmem.

W przemówieniu w kampanii wyborczej, kiedy atakowano go za związki z pastorem Jeremiahem Wrightem, głosicielem czarnej teologii wyzwolenia, Obama obiecywał uczciwy dialog o problemach rasowych. Teraz jednak nie ma na to czasu i musi podkreślać, że jest prezydentem wszystkich Amerykanów. Tymczasem zastarzałe murzyńskie problemy nadal istnieją, a nawet zaostrzyły się wskutek polityki Busha i republikanów. Nie znikną też automatycznie za sprawą prezydentury Afroamerykanina.

Czarni mają powody, by obawiać się odłożenia tematu rasizmu na półkę. Boją się, że zwycięży pogląd, iż nie ma już o czym dyskutować, skoro biali, wybierając Obamę, oczyścili się z grzechów przeszłości i spłacili dług kolorowym. – Niektórzy mogą pomyśleć: nie potrzebujemy już akcji afirmatywnej. Uwaga skupia się na Obamie, a nie na problemach nierówności rasowych, którymi trzeba się zająć – mówi Cheryl Kaiser, psycholog z Uniwersytetu Waszyngtońskiego. Podzielają te obawy nawet niektórzy biali liberałowie (progresiści), jak Tim Wise, który w książce „Between Barack and a Hard Place: Racism and White Denial in the Age of Obama” pisze o niebezpieczeństwie złudzenia, że Ameryka weszła w tzw. fazę postrasową. „Zachwytom nad Barackiem może doskonale towarzyszyć hołubienie głębokich przesądów wobec rasowych mniejszości” – argumentuje autor.

W czasie kryzysu bezrobocie sięga 8,4 proc., ale wśród Afroamerykanów 14 proc. Tylko 2 proc. Afroamerykanów prowadzi drobne biznesy, chociaż ich udział w całym społ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]