POLITYKA

Piątek, 20 października 2017

Polityka - nr 45 (2730) z dnia 2009-11-07; s. 40-42

Esej

Edwin Bendyk

Śmierć człowieka ekonomicznego

Homo economicus odchodzi na zawsze do historii. Najwyższy czas pożegnać się z tym produktem wielosetletniej hodowli europejskich, a później i amerykańskich laboratoriów intelektualnych.

Skończyła się jakaś epoka. I nie ma do niej powrotu. Kto liczy, że stare czasy wrócą, ten się rozczaruje” – zwierza się George Soros Jackowi Żakowskiemu w wywiadzie opublikowanym właśnie w książce „Zawał. Zrozumieć kryzys” (Biblioteka POLITYKI, Warszawa, październik 2009). Sędziwy finansista i wytrawny spekulant wie, co mówi. Bo choć wszyscy z uwagą przyglądają się gospodarczym kardiografom, reagując z ulgą na każde oznaki przebudzenia pogrążonego w zapaści pacjenta, powodów do radości nie ma. To prawda, że szybciej, niż przewidywano, stanęły na nogach Chiny i gospodarki Dalekiego Wschodu. To prawda, że kończy się recesja gospodarek krajów rozwiniętych. Podobnie jednak jak po trzęsieniu ziemi najgorsze, w postaci wstrząsów wtórnych i fali tsunami, może dopiero nadejść.

Soros mówi: „Widać dobrze, że amerykańscy konsumenci nie będą już takim motorem światowej gospodarki, jakim byli przez ostatnie ćwierć wieku. Przyszedł czas oszczędzania”. Skutki tej roztropności będą opłakane: przez wiele jeszcze lat światowa gospodarka, nawet jak już wyjdzie z recesji, nie wróci do poziomu produkcji z lat 2007–2008. Miliony pustych kontenerów pójdą na złom, nie mogąc doczekać się na załadunek. Tysiące statków bezczynnie utkną w portach w oczekiwaniu na fracht. Zmniejszone obroty gospodarcze to z jednej strony większe bezrobocie, z drugiej zaś zmniejszone przychody z podatków. Tymczasem państwa potrzebują pieniędzy, bo zadłużyły się do niespotykanych poziomów, by ratować swoje gospodarki. Dług trzeba zacząć spłacać, bezrobotnym pomóc, za wszystko zapłacić.

Wszystko musi się zmienić

Sprawdzoną historycznie metodą spłaty publicznych długów jest inflacja, powodująca, że choć nominalnie zadłużenie nie zmienia się, maleje jego realna wartość. Inflacja jednak ma swoją cenę, którą najczęściej płaci się pieniądzem politycznym. Szybki spadek wartości pieniądza otwiera bowiem drogę do społecznego niezadowolenia, wzrostu nastrojów populistycznych i oczekiwań, by chronić narodowe gospodarki i lokalne miejsca pracy. Protekcjonizm nie jest jednak lekarstwem, lecz trucizną prowadzącą do groźnej, przewlekłej choroby – stagflacji – bo przy słabnącej gospodarczej kooperacji międzynarodowej inflacja szaleje, gospodarka jest sparaliżowana strachem, a przez to nadal rośnie bezrobocie.

Taki scenariusz może obowiązywać nawet przez wiele lat. Co gorsza, odpowiedzią nie jest scenariusz alternatywny, czyli powrotu do poziomu rozwoju gospodarczego sprzed dwóch lat. Nawet bowiem obecne niewielkie ożywienie przypomina, że już za dwa–trzy lata przyjdzie zmierzyć się z kryzysem energetycznym, żywnościowym, nie mówiąc o nasilającym się kryzysie ekologiczno-klimatycznym. Skończyła się więc jakaś epoka, trzeba przyznać rację Sorosowi, choć niezwykle trudno rację tę przyswoić. Łatwiej realizować scenariusze business as usual, udając, że nic w istocie się nie zmieniło. Warto w takim momencie odkurzyć „Lamparta” Giuseppe Tomassiego di Lampedusy, by przypomnieć nieśmiertelny aforyzm: „wszystko musi się zmienić, żeby wszystko pozostało tak samo”. Wszystko, czyli co?

Odpowiedzi szukają w tomie „Zawał” rozmówcy Jacka Żakowskiego, w większości znakomici ekonomiści, wielu z nich uhonorowanych najwyższymi, noblowskimi laurami. Padają konkretne propozycje: Robert A. Mundell, ojciec waluty euro, proponuje wprowadzenie pieniądza globalnego, Justin Yifu Lin, główny ekonomista Banku Światowego, przekonuje do wprowadzenia tzw. podatku Tobina, czyli otaksowania spekulacji finansowych, i rozważa konieczność zastosowania podatków ekologicznych. Mędrcy, odpytywani przez Żakowskiego, sprawiają wrażenie, że wiedzą, co trzeba czynić, by popchnąć świat we właściwym kierunku. Po drodze trzeba jednak poradzić sobie z pewnym problemem o wdzięcznej nazwie Homo economicus, czyli człowiek ekonomiczny. Nie będzie to wcale łatwe. Latem 1989 r., gdy komunizm (realny socjalizm) chylił się już ku upadkowi, Francis Fukuyama, mało wówczas znany filozof pracujący w departamencie stanu USA, napisał głośny esej „Czy koniec historii?”, opublikowany w magazynie „The National Interest”. Podczas pierwszych lektur chyba nikt nie zwrócił uwagi na zawartą w tekście refleksję ekonomiczną.

Fukuyama pisał, że „przechył materialistyczny” nie był wcale wyłączną cechą systemu komunistycznego, lecz uległa mu także znaczna część prawicy. Filozof nazywa ją „szkołą determinizmu materialistycznego spod znaku »Wall Street Journal«”. Nauki tej szkoły głoszą, że osoba ludzka jest z istoty „jednostką racjonalną, maksymalizującą swoje korzyści”. Taki właśnie, zredukowany do komponenty racjonalnej i ekonomicznej, model natury ludzkiej wypełnił podręczniki ekonomii, stając się podstawą dla rozważań o optymalnej organizacji spraw społecznych, gospodarczych i politycznych.

WSJ kontra pierekowka

Determinizm materialistyczny spod znaku WSJ jest zwierciadlanym odbiciem determinizmu materialistycznego spod znaku Marksa. Marks jako radykalny humanista wierzył, że ludzką naturę można kształtować. Wraz z biegiem dziejów, na mocy obiektywnych procesów, ulegnie ona przekształceniu i, gdy historia dobiegnie końca, egoistyczny Homo economicus przekształci się w istotę w pełni społeczną, czyli prawdziwego komunistę. Kontynuatorzy Marksa uznali, że można przyspieszyć zarówno historię, wszczynając rewolucję, jak i&...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]