POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 32 (3122) z dnia 2017-08-09; s. 86

Felietony / Passent

Daniel Passent

Smutek dyplomatów

Na początek zagadka. Kto jest autorem i kogo autor ma na myśli, mówiąc: „Prezydent uważa, że dziennikarze to wrogowie państwa, sędziowie to tak zwani sędziowie, w rządzeniu trzeba się kierować zasadą lojalności, a nie prawem. To historyczna koncepcja, szalenie niebezpieczna. Faszystowskie reżimy wymagają przysięgi lojalności”. Odpowiedź: chodzi o Donalda Trumpa, zaś autorem tych słów jest znany historyk amerykański Timothy Snyder. Przynosi je tygodnik „Forum” za Radiem Wolna Europa i Radiem Liberty. I pomyśleć, że nie tak dawno Wolna Europa wspierała walkę o wolność po naszej stronie żelaznej kurtyny; teraz ma inne zmartwienia.

U nas także niektórzy intelektualiści nie wahają się mówić o faszyzmie. Prof. Jadwiga Staniszkis w „Rzeczpospolitej” o sytuacji w Polsce: „Zawłaszczając i wpływając na sądy, rządzący chcą zminimalizować odpowiedzialność indywidualną. Tak działał stalinizm i faszyzm oraz inne systemy opresyjne”. Skojarzenia pomiędzy tym, co dzieje się w USA i w Polsce, nasuwają się same. Czy pomiędzy administracją Trumpa i administracją Kaczyńskiego występują jakieś podobieństwa? Okazuje się, że tak. Znany felietonista i komentator „NY Times” Robert Cohen pisze w artykule pod wymownym tytułem „Desperacja naszych dyplomatów” o tym, jak 1 maja w Departamencie Stanu obchodzony jest Dzień Służby Zagranicznej. Z tej okazji ambasador Barbara Stephenson, przewodnicząca Amerykańskiego Stowarzyszenia Służby Zagranicznej, udała się do sekretarza stanu Rexa Tillersona, żeby ustalić przebieg uroczystości z ich wspólnym udziałem. Zamiast tego została wywalona („shoved out”) z pokoju. Kopniak ten symbolizuje klimat, jaki panuje w Departamencie Stanu. Coraz więcej osób przychodzi do pani Stephenson z pytaniem, czy ich usługi są jeszcze potrzebne.

„Trwa exodus” – pisze Cohen. Nancy McEldowney, dyrektor Instytutu Służby Zagranicznej, mówi o „toksycznym, niepokojącym klimacie w instytucji”, z której odeszła na emeryturę siedem lat wcześniej, niż zamierzała. Dana Shell Smith, była ambasador w Katarze, mówi o „całkowitej pogardzie dla naszych kwalifikacji”. Jake Walles, były ambasador, 35 lat stażu, mówi o „całkowitym zwijaniu naszej instytucji”. Czy to aby czegoś nie przypomina? Amerykańskie „złogi” są niezadowolone. W Polsce złogi są usuwane, w Stanach odchodzą same.

Kryzys, czytamy dalej, jest głębszy. „8000 pracowników służby zagranicznej nie bardzo wie, jak bronić wartości amerykańskich, kiedy prezydent lekceważy konstytucję, zastanawia się nad torturami i obdarza sympatią każdego autokratę, jakiego spotka. Prezydent Trump już dawno sygnalizował, że dla niego liczy się siła, a nie zręczność dyplomacji. Dziesiątki stanowisk pozostaje nieobsadzonych, w tym 20 z 22 asystentów sekretarza stanu, jedna trzecia foteli ambasadorskich – od Paryża do New Delhi”. Czy to nam czegoś nie przypomina? Może brak chętnych, żeby reprezentować Stany Trumpa i Polskę Kaczyńskiego?

W Departamencie Stanu – czytamy – panuje rezygnacja, widać zmarnowany potencjał i maile bez odpowiedzi. Dlaczego – nie wiadomo. Czy to kara za czasy Hillary Clinton (czytaj: III RP)? Może Trump woli generałów niż dyplomatów? „Radykalna militaryzacja amerykańskiej polityki zagranicznej jest niebezpieczna” – pisze Cohen. Dyplomata, który zdołał zapytać prezydenta o wytyczne, usłyszał: „To bardzo proste. Skończyć z terroryzmem. Skończyć z radykalizmem. Rozmawiać z Chinami”.

Wartości? Jakie wartości? Sekretarz stanu Tillerson: „Jeżeli będziemy naciskali zbyt mocno, żeby inni przyjęli nasze wartości, do których my doszliśmy w trakcie naszej długiej historii, to osłabimy nasze możliwości działania na rzecz bezpieczeństwa narodowego i interesów gospodarczych”. Interesy zamiast wartości – wszak w podobnym duchu mówił Pałac Prezydencki w Warszawie przed wizytą Trumpa: „Będziemy rozmawiali o interesach, a nie o ideologii” – brzmiał przekaz z Polski PiS.

Tillerson, do niedawna prezes koncernu naftowego, dobrze czuje politykę transakcji, a nie wartości, jaką wyznaje Trump. Dla wielu pracowników Departamentu Stanu, przyzwyczajonych do kampanii ideologicznych i politycznych (od czasów idealisty Wilsona po słynny „trzeci koszyk”, czyli nacisk administracji Cartera i Brzezińskiego na prawa człowieka), jest to zjawisko niepokojące. Daniel Fried, były ambasador w Polsce i do niedawna jedna z czołowych postaci dyplomacji amerykańskiej, przypomina: „Wartości to potęga”.

Niektóre spory w administracji Trumpa przypominają spory w Polsce. „Stosunki Tillerson–Trump są trudne, jeden wini drugiego za to, że nominacje w Departamencie Stanu się ślimaczą” – pisze Cohen. Podobnie wygląda sytuacja u nas, wszak niedawno minister Waszczykowski oskarżał Pałac Prezydencki o przetrzymywanie nominacji ambasadorskich, Pałac z kolei wytykał wakaty na ważnych placówkach, na dodatek prezes Kaczyński wzywał do bardziej energicznej rozprawy ze „złogami”. W Waszyngtonie i w Warszawie trwa cicha wojna podjazdowa o to, kto ustala politykę zagraniczną – minister czy prezydent? Bo przecież nie premier, którego w ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]