POLITYKA

środa, 26 lipca 2017

Polityka - nr 26 (3116) z dnia 2017-06-28; s. 15-17

Temat tygodnia

Violetta Krasnowska

Sparaliżowana policja

W policji trwa burza mózgów. Kto może, kombinuje, jak znaleźć dojście do polityków PiS, żeby załatwić sobie stanowisko. Do tego, co dzieje się na ulicach, komendanci wszelkich szczebli nie mają głowy ani serca.

Głośna jeszcze była sprawa nadużyć związanych ze śmiercią Igora Stachowiaka, pobitego i dręczonego paralizatorem na komisariacie we Wrocławiu, sypały się spóźnione dymisje i kary, gdy zagotowało się wokoło Lublina. Policjant z patrolu raził po jądrach zatrzymanego za awanturowanie się z taksówkarzem, skutego kajdankami i wiezionego do izby wytrzeźwień mężczyznę. Koledzy policjanta z patrolu nie zareagowali ani wówczas, ani trochę późnej, gdy w samej izbie wytrzeźwień policjant z Lublina potraktował paralizatorem jeszcze przebywającego tam 22-latka.

Kilka dni wcześniej na komisariacie w Częstochowie zmarł starszy pan, obywatel Austrii. Przyjechał wraz z żoną na pogrzeb do Polski, został zatrzymany przez policyjny patrol i zabrany na komisariat, bo podobno miał uderzyć w twarz ochroniarza odbywającej się w parku imprezy. Żona informowała policjantów, że mąż jest chory na serce. Podczas badania na zawartość alkoholu we krwi (była niewielka) mężczyzna nagle zasłabł. Z relacji kobiety wynika, że prosiła o pomoc, o wezwanie karetki, ale policjanci tylko się śmiali. Gdy w końcu wezwano karetkę, mężczyzna już nie żył. W pomieszczeniu, w którym zmarł, nie było kamer. Będzie więc kolejna sprawa – słowo kontra słowo.

Inna historia, z Lidzbarka Warmińskiego, skończyła się niczym. Wiadomo, że zatrzymani byli bici przez funkcjonariuszy, że tłuczono ich między innymi pałką po gołych stopach. Tyle że nie udało się ustalić, kto bił. Sprawa stanęła przed Trybunałem Praw Człowieka. Rząd polski zgodził się wypłacić odszkodowanie i na tym się skończyło.

Od zdarzeń w Lidzbarku sytuacja zmieniła się o tyle, że na komendach wydatnie przybyło paralizatorów. Prywatnych, kupionych za własne, ale używanych w czasie służby. Policjanci przyznają, że dla ich przełożonych nie jest to tajemnicą. – Chłopaki się tym nawet chwalą – mówi nasz rozmówca z policji. Paralizatory są, bo funkcjonariusze się boją. Chwytów obezwładniających, wykorzystywania tonfy (rodzaj pałki) uczą się tylko na początku, gdy wstępują do policji, potem muszą sobie jakoś radzić. Nikt już nie sprawdza ich umiejętności w tym zakresie – na obowiązkowych okresowych testach sprawnościowych jest rzut piłką lekarską, a nie ma sprawdzianów z zatrzymania, bezpiecznego obezwładniania. Paralizator, przy braku umiejętności, to droga na skróty. Przy wysokim poziomie lęku czy frustracji to zabójca.

Ostrołęka w Warszawie

Policjanci bronią się, mówiąc, że przy interwencjach decydują sekundy, że łatwo komuś rozliczać ich post factum. Oraz że przemoc jest wpisana w zawód policjanta. – Człowiek, który nie jest w stanie zastosować przemocy, myślę o tych legalnych, usprawiedliwionych okolicznościami środkach przymusu bezpośredniego, nie nadaje się do służby w policji – mówi Piotr Sobota z Biura Rzecznika Praw Obywatelskich. Istotą problemu wydaje się zatem sprawa kontroli nad agresją. A także – kontroli nad policją.

A z tą ostatnią, jak jest, każdy widzi. Weźmy Warszawę. Zatrudniająca 10 tys. osób Komenda Stołeczna Policji uchodzi wśród policjantów (i nie tylko) za najważniejszą w liczącej 100 tys. funkcjonariuszy strukturze. Od kilku miesięcy komendą kieruje 44-letni dr Rafał Kubicki, wykładowca na Wydziale Pedagogicznym Chrześcijańskiej Akademii Teologicznej w Warszawie. Tytuł doktora nauk humanistycznych w zakresie pedagogiki otrzymał na podstawie rozprawy „Deklarowane systemy wartości, a dokonywanie przez młodzież czynów naruszających normy prawne”. Jego najwyższe dotąd sprawowane funkcje to pół roku (od lipca 2015 r.) na stanowisku zastępcy komendanta komisariatu na Targówku, skąd w marcu 2016 r. awansował na komendanta miejskiego policji w swojej rodzinnej 50-tysięcznej Ostrołęce.

Awanse przebiegały z honorami. Do komisariatu wprowadzał Kubickiego osobiście sam minister spraw wewnętrznych Mariusz Błaszczak, choć to prerogatywa komendanta wojewódzkiego policji. Na uroczystości obecny był poseł PiS Arkadiusz Czartoryski, szef sejmowej komisji spraw wewnętrznych, uchodzący za promotora Kubickiego. Obaj – poseł i szef Komendy Stołecznej Policji – pochodzą z Ostrołęki. Gdy niespełna rok później Kubicki przenosił się do Warszawy, na stanowisko komendanta wprowadzał go wiceminister spraw wewnętrznych Jarosław Zieliński. Zwykle robił to komendant główny policji, ale – jak tłumaczą sobie policjanci stołeczni obecni przy tym wydarzeniu – chodziło o to, żeby było jasne, komu Kubicki zawdzięcza stanowisko.

Jeszcze bardziej spektakularna jest kariera zastępcy Kubickiego. Andrzej Krajewski przez ostatnich 11 lat był oficerem dyżurnym i podczas 12-godzinnych dyżurów w pałacu Mostowskich, siedzibie komendy, nadzorował pracę 10 podległych funkcjonariuszy Stołecznego Stanowiska Kierowania Komendy Stołecznej Policji, którzy m.in. śledzili zapisy policyjnych kamer w stolicy, odbierali wezwania z numeru alarmowego i wydawali dyspozycje do ich realizacji. Jego błyskotliwy awans wiązany jest przez policjantów ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Zobacz także

Przeprosiny