POLITYKA

Poniedziałek, 23 października 2017

Polityka - nr 11 (11) z dnia 2016-11-23; Ja My Oni. Poradnik Psychologiczny Polityki. Tom 24. Rady na kłopoty ze sobą i innymi; s. 52-57

My. Kiedy kłopoty mają bliscy

Joanna Cieśla

Spektrum obaw

Dr hab. Małgorzata Święcicka o autentycznych problemach psychicznych dzieci i rozmaitych „psychologicznych modach”, rodzicielskich zaniedbaniach i lękach na wyrost

Joanna Cieśla: – Czy dziś więcej rodziców niż dawniej obawia się o zdrowie psychiczne swoich dzieci?
Małgorzata Święcicka: – Tak. To skutek różnych zjawisk. Zawsze istniała grupa rodziców o nadmiernej wrażliwości, którzy nie mają takiego naturalnego przekonania, że rozwój ich dziecka będzie przebiegał prawidłowo. To kwestie osobowościowe – ci ludzie także w innych okolicznościach czują większe zagrożenie niż pozostali. Mają skłonność do wychowywania nadmiernie kontrolującego, nadopiekuńczego. W przeszłości ten niepokój dotyczył przede wszystkim zdrowia fizycznego, choć zdarzały się też osoby, które co roku domagały się badania np. IQ syna czy córki, w obawie, że jest za niskie. Ale też dzieci z różnorakimi problemami zdrowotnymi rzeczywiście jest obecnie więcej, choćby ze względu na to, że medycyna pozwala ratować więcej wcześniaków i noworodków z zaburzeniami czy zespołami genetycznymi, które jeszcze kilkanaście, kilkadziesiąt lat temu by nie przeżyły.

Kolejna kwestia to coraz lepsze naukowe rozumienie zaburzeń. Na przykład ADHD. Nic nie wskazuje na to, by częstość występowania tego zespołu była dziś większa niż kiedyś. Ale dopiero od dwóch dekad jest on zauważany i diagnozowany. Znaczenie ma również oczywiście większa dostępność usług psychologicznych i większa świadomość problemów po stronie rodziców. To w sumie bardzo dobrze. Tyle że każde zjawisko miewa wynaturzenia. Ta coraz powszechniejsza wiedza psychologiczna często jest powierzchowna i chaotyczna. Ludzie odwołują się do niej w sposób uproszczony. Problemy psychologiczne bywają traktowane analogicznie do medycznych, na zasadzie: jak gorączka, to nurofen. Gdy pojawia się problem w zachowaniu dziecka, rodzice oczekują nazwania go i podjęcia szybkiej terapii czy rehabilitacji.

To nierealne?
Chodzi raczej o to, że psychologia jest nauką tak skomplikowaną, a psychika ludzka jest tak bardzo złożona, że pewne zależności trudno zrozumieć. Rodzice oczekują od psychologa, że albo da konkretną poradę, albo skieruje do innego specjalisty, żeby ten wyeliminował niepokojące czy niepożądane zachowanie. A psychologia jest przede wszystkim rozumieniem człowieka. Czasem trudno wytłumaczyć rodzicom, że ten sam objaw, to samo zachowanie mogą wynikać z różnych źródeł. Że trzeba się zastanowić, sprawdzić, co się dzieje między nimi a dzieckiem – to wymaga skłonności do refleksji.

Bywa jednak, że jakieś zaburzenie zaczyna budzić powszechny niepokój. Jakby zapanowała na nie osobliwa moda. Skąd to się bierze?
Na pewno w dużym stopniu z rozwoju nauki, w której też pojawiają się różnego rodzaju mody. Czasem trudno uzasadnić, dlaczego w jakimś okresie pewne tematy znajdują uznanie redaktorów najważniejszych czasopism naukowych, a publikacje dotyczące innych obszarów nie są przyjmowane do druku. Weźmy zainteresowanie dysleksją, a dokładniej specyficznymi trudnościami w uczeniu się, które rozgorzało w latach 80. W Polsce pierwszą książkę na ten temat napisała w 1973 r. prof. Halina Spionek. W dalszych latach naukowcy badali i popularyzowali ten problem.

O dysleksji i dysgrafii

Aż trudności w uczeniu się odnajdowano niemal u wszystkich dzieci.
Każda cecha psychopatologiczna jest rozłożona w różnych natężeniach w całej populacji. Kwestią jest, gdzie ustawimy granicę, od której uznajemy coś za zaburzenie, a nie po prostu cechę. Może się zdarzyć, że u dziecka, które robi pojedyncze błędy, ktoś stwierdzi dysleksję, a u innego, które robi błędy częściej – nie stwierdzi zaburzenia. Nie ma tu dowolności, w kryteriach diagnostycznych wszystko jest opisane, ale podczas spotkania z pacjentem jeden na jeden badający dochodzą do różnych wniosków. Czasami pojawiają się naciski rodziców, psychologowi trudno im się przeciwstawić. Jest jeszcze jedna bardzo ważna kwestia: co z tymi dziećmi, które mają objawy tylko odrobinę słabsze niż klasyfikowane jako zaburzenie? Grupa subkliniczna jest ogromnie ważna, wymaga zainteresowania i wsparcia. Rozgraniczenie: „Tu jest zaburzenie, a tu nie”, jest konieczne dla celów administracyjnych, ze względu na przepisy oświatowe, które dają prawa do ulg w przypadku pewnych diagnoz. Ale psycholog postrzega każdą cechę czy zaburzenie jako kontinuum. Ważniejsze jest na przykład, na ile jakiś deficyt przeszkadza dziecku, niż jak bardzo jest nasilony. Bo bywają dzieci bardzo inteligentne, uzdolnione, które sobie radzą mimo ograniczeń w pewnych obszarach. I takie, które sobie nie radzą. Dlatego diagnoza psychologa klinicznego jest zawsze diagnozą całościową.

Wróćmy do dysleksji i dysgrafii – czy tego rodzaju diagnoz jest teraz mniej niż po pierwszym wybuchu zainteresowania tymi problemami?
W naszych przepisach oświatowych jest zalecenie, aby przez pierwsze trzy lata nauki dziecku nie stawiać diagnozy dysleksji, tylko ryzyka dysleksji, stąd postawionych diagnoz jest pewnie mniej. Jest to jednak kontrowersyjny przepis. Zdarzało mi się już ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]

Rozmówczyni jest psychologiem, kierownikiem Katedry Psychologii Klinicznej Dziecka i Rodziny na Wydziale Psychologii Uniwersytetu Warszawskiego. Zajmuje się głównie problematyką ADHD.