POLITYKA

Czwartek, 17 maja 2012

Polityka - nr 13 (2497) z dnia 2005-04-02; s. 41-43

Gospodarka / Wrzuć i kup

Paweł Wrabec

Sprzedawca z blachy

Żyjemy coraz szybciej. Kawa i kanapka w biegu to dla wielu ludzi codzienny rytuał. Odpowiedzią rynku na ten styl życia są uliczne i biurowe automaty. Wciskają się wszędzie, sprzedają nam niemal wszystko: jeszcze jedno koślawe dziecko współczesnej cywilizacji.

Te najprostsze, najbardziej popularne wydają gorące lub zimne napoje, słodycze, papierosy. Ale mają już licznych braci i siostry. W brytyjskich hotelach na ścianach wiszą szafy sprzedające pastę do zębów, szczoteczki, podpaski. Włoszki chętnie kupują w automatach rajstopy. Japończycy ryż i jajka. Szwajcarzy rezerwują w nich rodzinne wczasy. Na lotnisku w Chicago ustawiono rząd maszyn, które wydają gorące posiłki. Obok stoi automatyczna wypożyczalnia telefonów komórkowych. Jeśli komuś telefon się wyładuje, to w osobnej szafce wzmocni wyczerpane baterie.

W Europie Zachodniej liczbę takich automatów szacuje się na ponad 5 mln. Polski rynek vendingu (tak po angielsku nazywa się ten rodzaj usług) jest jeszcze w powijakach – działa na razie około 20 tys. maszyn. Sami Niemcy mają ich pół miliona. Te ogromne różnice wynikają z uwarunkowań historycznych. Już dwadzieścia lat temu mieszkaniec Niemiec kupował zimną puszkę coca-coli z automatu. Polak w tym samym czasie mógł liczyć co najwyżej na łyk ciepłej „gruźliczanki” – wody sodowej serwowanej z samoobsługowego saturatora z wyszczerbioną szklanką na łańcuchu.

Po upadku PRL barierą dla rozpowszechniania automatów na monety stała się inflacja. Nawet za gazetę płaciło się banknotami. Bilon praktycznie wyszedł z użycia. Pionierzy polskiego vendingu ratowali się żetonami. A że do każdego automatu pasowały inne, to trzeba było ich szukać u szatniarzy lub u obsługi nielicznych szaletów. Ratunkiem mogły być żetony telefoniczne, ale Poczta Polska, ich wyłączny dysponent, nie pozwoliła mosiężnych krążków z literką „C” używać do innych celów niż połączenia telefoniczne. Te kłopoty skończyły się w 1995 r. wraz z denominacją. Obcięcie czterech zer spowodowało, że monety wróciły do naszych portmonetek i kieszeni. Mennica państwowa wybiła ponad 2,3 mld sztuk nowych monet (nie licząc nominałów mniejszych niż 10 gr) o łącznej wartości 1,957 bln zł. I wtedy coraz częściej zaczęły pojawiać się wrzutowe automaty.

Kawa na siódme poty

Najszybciej opanowały duże miasta. Dziś eksploatuje je ponad setka operatorów. Połowa firm założyła sieci liczące po 200 i więcej urządzeń. Są to głównie maszyny sprzedające gorące i zimne napoje, przekąski (batony, chipsy) i prezerwatywy. Nieprzypadkowo. Zachodnie koncerny spożywcze jak np. Nestle, Coca-Cola, Kraft, Masterfoods zawsze uważały, że vending jest dodatkowym, dobrym kanałem sprzedaży. Dlatego chętnie wspierają różnych, formalnie niezależnych, operatorów. Udzielają im gwarancji finansowych ułatwiających leasing urządzeń i pozwalają pracować pod swoją marką. W zamian żądają wierności. Wspomagani sprzedawcy nie mają prawa umieszczać w maszynach produktów konkurencji.

To oczywiste, że każdy operator próbuje stawiać automaty wszędzie tam, gdzie gromadzi się najwięcej ludzi. Idealne miejsca to główne skrzyżowania, ruchliwe deptaki, najbardziej zatłoczone przystanki. Tak dzieje się w Zurychu, w Londynie, dużo rzadziej w Warszawie. Powód jest prozaiczny. Nasi chuligani poradzą sobie z każdym „pancerfaustem” (tak w branży ochrzczono wzmocnione, wandaloodporne urządzenia). Jeśli automat nie jest nieustannie pilnowany, to rozwalą go łomem, ukradną towar i wyciągną pieniądze. Dlatego w Polsce urządzenia sprzedające pojawiają się przede wszystkim tam, gdzie przez całą dobę działa nadzór przemysłowych kamer: na dworcach kolejowych, na lotniskach i w centrach handlowych.

Operatorzy automatów wiedzą, że część klienteli sięga do nich z musu, bo nie ma alternatywy (otwartego baru, sklepu, jadłodajni). Głównym celem vendingu stały się więc uczelnie, urzędy, fabryki i biura. Moment na popularyzację maszyn sprzedażowych jest zresztą dobry. W styczniu br. minister edukacji zakazał rektorom dotowania uczelnianych stołówek. – Może teraz na mojej uczelni pojawią się mikrofalówki na monety, w których każdy student będzie mógł podgrzać przyniesioną z domu wałówkę? Tak jest w Australii, gdzie przez rok studiowałam – marzy Magda, studentka wrocławskiego AWF.

Paradoksalnie vendingowi pomogło kilkuletnie osłabienie tempa wzrostu gospodarczego, wymuszając na przedsiębiorstwach restrukturyzację. Firmy są mniejsze, zatrudniają teraz mniej pracowników. Prowadzenie własnych stołówek stało się nieopłacalne. Lepiej, bo taniej, ustawić w korytarzu maszynę z przekąskami. Pracodawcy pilnują, by nic nie odrywało cię od pracy. I vending okazuje się skuteczny: – Nasz automat wydaje 630 kubków na godzinę. Jedna operacja trwa kilkanaście sekund. Tradycyjne parzenie kawy lub herbaty zabiera 10 minut. Przeciętny pracownik wypija 4 filiżanki dziennie, więc firma zatrudniająca 100 osób dzierżawiąc automat zaoszczędzi 50 roboczogodzin – wylicza Jacek Czuderna, szef Nestle FoodServices. Taka argumentacja ma widać dużą siłę przekonywania, bo pod tym logo pracuje już siedem tysięcy automatów.

A jeśli taka kawa okaże się dla pracowników za droga? Nie ma problemu, firmy mogą przecież napoje ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]