POLITYKA

Czwartek, 19 października 2017

Polityka - nr 21 (3060) z dnia 2016-05-18; s. 7

Ludzie i wydarzenia / Kraj. Tydzień w polityce według Paradowskiej

Janina Paradowska

Stabilnie, a nawet przeciwnie

Agencja Moody’s powiedziała: było dobrze, ale za nowej władzy może już tak nie być.

Agencja nie obniżyła ratingu Polski, ale zmieniła ocenę na przyszłość ze stabilnej na negatywną. Najbardziej oczekiwany komunikat ostatnich dni nie okazał się aż tak zły. Najwyraźniej agencja nie przejęła się wydarzeniami w Sejmie, gdzie Polskę w ruinie pokazano w całej okazałości, w skali o wiele większej niż w trakcie kampanii wyborczej PiS. Wówczas zaprezentowano właściwie jedną ruinę, na tle której fotografowała się przyszła pani premier.

Jednak po dojściu do władzy decyzje rządu PiS okazują się coraz bardziej wątpliwe albo ich nie ma (wyjąwszy zmiany kadrowe). Na przykład słynny już podatek, zwany coraz bardziej umownie „od sklepów wielkopowierzchniowych” obejmujący w kolejnych wersjach powierzchnie coraz mniejsze, ciągle się rodzi. Zdrowia na wszelki wypadek PiS nie rusza, poprzestając na zapowiedziach, że coś dobrego się stanie. Program 500+, mający zapewnić panowanie PiS na długie lata, utyka, bo okazuje się, że obarczono samorządy zadaniami, na które nie ma pieniędzy. Zabiera się więc na przykład te, które miały pójść na płacenie alimentów. Po przywróceniu obowiązku szkolnego dla siedmiolatków spora grupa nauczycieli jednak straci pracę, bo klas pierwszych będzie mało, a miejsc w przedszkolach zabraknie.

W tej sytuacji czas na rozliczenie poprzedników był najwyższy i ono się dokonało. Z wynikiem zaskakującym. Tak jakby Moody’s miało rację, pozbawiając nas atrybutu stabilności i w tym symbolicznym sensie agencja oddała dość dobrze polskie klimaty. Zaczęliśmy się w trakcie kilkumiesięcznych rządów PiS przyzwyczajać, że Polska jednak nie jest w przedwyborczej ruinie. Po objęciu władzy prezydent, pani premier, ministrowie zapewniali nas, ale także resztę świata, że Polska jest pięknym krajem, ze stabilną gospodarką, która ma zdrowe fundamenty, że stać nas na wiele wydatków, a perspektywy dla inwestorów są bardzo dobre.

Oczywiście mogłoby być lepiej, gdyby nie wcześniejsze rządy PO-PSL, ale krytyka poprzedników stawała się coraz bardziej rutynowa. I oto okazało się, że znów jesteśmy w ruinie. Kompletnej. W ciągu jednego sejmowego dnia ministrowie rządu Beaty Szydło, jeden po drugim, wykazali to dobitnie. Nie ma w Polsce sfery, gdzie zdarzyło się w ostatnich latach coś dobrego, przeciwnie, wszystko zrujnowano i rozkradziono. Dodatkowo minister obrony poinformował cały świat, że jesteśmy bezbronni, nie mamy nawet amunicji, żeby się bronić, nie mamy gwarancji NATO. Cud, że nikt nas jeszcze nie napadł, ale po informacji, że przez Polskę można się spokojnie przespacerować, nie wiadomo, jak będzie. W każdym razie stan naszej armii jest taki, że właściwie powinni nas usunąć z NATO.

W dodatku nie mieliśmy żadnej polityki zagranicznej. Fundusze unijne zmarnowaliśmy na projekty budowania zamków z piasku, stawianie słupków w szczerym polu i na wirtualne cmentarze. O tym zapewniał sam wicepremier od rozwoju. Autostrady budowaliśmy najdrożej w Europie, a liczba firm doprowadzonych do bankructwa była dłuższa niż słynny czerwony dywan na festiwalu w Cannes. Biały dywan w tej sprawie rozwinął z sejmowej mównicy minister infrastruktury. Te wszystkie gadżety bardzo cieszyły prezesa Kaczyńskiego, który uważnie obserwował, czy ministrowie odpowiednio opisali ruinę.

Audyty poprzedników nie są nowością. W początkach lat dziewięćdziesiątych audyt rządu Hanny Suchockiej, powszechnie nazywany „raportem o zbrodniach” tegoż rządu, sporządził SLD. Zrobił to w stosownym dokumencie, na piśmie. Oczywiście nakłamał, poprzeinaczał, ale nie na taką skalę. Wnioskiem z „audytu” będzie powołanie komisji śledczej do spraw afery Amber Gold, co jest mocno dziwaczne, bo sprawa jest w sądzie. Jest też kilkanaście zawiadomień skierowanych do prokuratury, w większości tajnych, bo dotyczą spraw tajnych (tak wyjaśnił rzecznik rządu), o których ministrowie mówili jednak zupełnie jawnie. Zresztą audyt trwa cały czas, bowiem prezes zapowiedział, że będzie jeszcze audyt duży. Urzędnicy dwoją się więc i troją, by znaleźć więcej kwitów.

Zapewne dlatego będą musieli pracować także 4 czerwca, w rocznicę wyborów z 1989 r. Tak zarządziła szefowa kancelarii pani premier. Najwyraźniej ta data z niczym się jej nie kojarzy, nie jest dla niej żadnym świętem. Swoją drogą ciekawe, co robiłaby dziś pani minister, gdyby nie ów godny pogardy 4 czerwca 1989 r.? Trudno przecież poważnie potraktować podejrzenia, że 4 czerwca jest „dniem pracującym” dlatego, aby urzędnicy państwowi nie mogli świętować rocznicy polskiego przełomu, aby nie poszli na jakąś imprezę organizowaną przez KOD czy partie opozycyjne.

Czy prezes, realizujący wielki projekt przebudowy kraju i społecznej świadomości, bałby się „garstki” osób na piknikach? Dość nieoczekiwanym efektem „audytu” była nieobecność ministra spraw zagranicznych w Berlinie ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]