POLITYKA

Piątek, 31 marca 2017

Polityka - nr 28 (2713) z dnia 2009-07-11; s. 82-83

Świat

Tomasz Zalewski

Stany chorobowe

W Ameryce leczy się drożej niż w najbogatszych krajach Europy, ale wcale nie lepiej. A 50 mln Amerykanów nie ma ubezpieczenia.

Barack Obama rozpoczął batalię o reformę systemu ochrony zdrowia. Jej wynik będzie probierzem przywódczych zalet prezydenta, który reformę traktuje jako priorytet. A także miarą tego, jak głębokich zmian można w ogóle dokonać w USA, gdzie siły status quo stawiają kolosalny opór. Ochrona zdrowia to w Ameryce biznes, który lekarzom, szpitalom i towarzystwom ubezpieczeniowym przynosi ogromne dochody, często nieproporcjonalne do jakości świadczonych usług, dla pacjentów stanowi źródło stresów i w dodatku rujnuje gospodarkę.

Inaczej niż w Europie, w USA nie ma państwowej opieki finansowanej z podatków i zapewniającej darmowe leczenie, jeśli nie liczyć federalnych funduszy dla emerytów i niepełnosprawnych (Medicare) oraz najbiedniejszych (Medicaid). Przeważającą większość Amerykanów ubezpieczają pracodawcy; jakość tych ubezpieczeń jest nierówna i zależy zwykle od wielkości przedsiębiorstwa: im większa firma, tym lepsze pokrycie kosztów leczenia. Pozostali, głównie pracujący na własny rachunek, muszą sami wykupywać ubezpieczenia na prywatnym rynku, które drożeją z wiekiem i pogarszającym się stanem zdrowia klienta.

Miliony Amerykanów, których na taki luksus nie stać, wolą na nim oszczędzić albo rezygnują z ubezpieczenia. Szacuje się, że liczba nieubezpieczonych sięga już 46–49 mln (prawie 15 proc. populacji). Ryzykują wiele – ciężka choroba oznacza wydrenowanie oszczędności i ruinę, przewlekła – zadłużenie na całe życie. Rachunki za kilkugodzinny pobyt w szpitalu sięgają 5–10 tys. dol.

Koszty leczenia w Ameryce należą do najwyższych na świecie – średnio 6714 dol. na głowę mieszkańca. Są one mniej więcej dwa razy wyższe niż w innych krajach zachodnich: w Niemczech 3371 dol., w Kanadzie 3678 dol., w Wielkiej Brytanii 2760 dol. (w Polsce – 910 dol., dane OECD z 2006 r.). Podobnie jest z lekarstwami – ich ceny też są wyższe niż w Europie. Nie oznacza to, że jakość usług w Ameryce jest lepsza – dzięki najbardziej zaawansowanej technice jej medycyna przoduje w ratowaniu życia, ale poza tym pozostaje w tyle za wieloma krajami rozwiniętymi. W USA notuje się znacznie wyższą śmiertelność niemowląt niż w Japonii, Niemczech i Wielkiej Brytanii i dużo więcej zgonów, którym można było zapobiec.

Co najmniej 100 tys. Amerykanów umiera każdego roku w wyniku infekcji nabytych w szpitalach, a półtora miliona pada ofiarą błędów lekarskich. Spośród około miliona lekarzy w USA tylko 30 proc. to interniści pierwszego kontaktu. Są przeciążeni liczbą pacjentów, na przyjęcie trzeba czasem czekać tygodniami.

Inflacja kosztów opieki zdrowotnej, które rosną dużo szybciej niż cała gospodarka i stanowią dziś około jednej piątej jej wszystkich wydatków, ma różne przyczyny. Najważniejsza to praktyka medycyny defensywnej – w prostych przypadkach przeprowadza się niezliczoną ilość badań i analiz, zwykle niepotrzebnych, wykonywanych po to, aby nie zarzucić lekarzowi, że coś zaniedbał. Amerykanie bowiem, przekonani, że medycyna jest po prostu nauką ścisłą, uwielbiają pozywać lekarzy do sądu o błąd w sztuce i na ogół wygrywają wysokie odszkodowania. Lekarze wykupują polisy od pozwów i przerzucają ich koszty na pacjenta. Niepotrzebne badania przeprowadza się też dlatego, że lekarze opłacani są od każdej wykonanej czynności – zależy im więc, by robić ich najwięcej. Inny czynnik to wysokie koszty administracyjne – z powodu dużej liczby ubezpieczycieli trzeba wypełniać mnóstwo formularzy.

Rosnące koszty leczenia w połączeniu ze starzejącym się społeczeństwem sprawiają, że państwowe fundusze ubezpieczeniowe wypłacają więcej świadczeń, niż wpływa do nich z podatków, powiększając tym samym deficyt budżetu. Ubezpieczenia pracowników stają się coraz poważniejszym ciężarem dla korporacji – zwłaszcza tych, w których związki zawodowe wynegocjowały szczodre pakiety socjalne. General Motors i Chrysler upadały nie dlatego, że produkują złe samochody, ale głównie dlatego, że ich pracownicy, nawet emerytowani, oraz ich rodziny leczą się na ich koszt. Zagraniczni konkurenci, Toyota czy BMW, nie mają takich obciążeń, ponieważ wyręcza ich państwo.

Od 1964 r., kiedy utworzono fundusz Medicare, tylko raz podjęto próbę generalnej reformy. W 1993 r. prezydent Clinton zapowiedział – jak dziś Obama – system opieki medycznej zapewniający powszechność ubezpieczeń. Reformę zlecił jednak swej małżonce, której zespół, pracujący przy drzwiach zamkniętych, przygotował skomplikowany projekt nie tylko bez konsultacji z opinią publiczną i zainteresowanymi środowiskami, lecz nawet bez porozumienia z Kongresem. Tymczasem lobby lekarzy, szpitali i ubezpieczalni, w poczuciu zagrożenia swych interesów, rozpętało przeciw reformie potężną kampanię, strasząc Amerykanów wizją rzekomego przejęcia kontroli nad służbą zdrowia przez rząd. Konserwatywni demokraci, obrażeni na panią Hillary za ich zignorowanie, przyłączyli się do republikańskiej opozycji i wspólnie pogrzebali reformę.

Czy plan Obamy nie podzieli losu „Hillary Care”? Optymiści wskazują, że ...

[pełna treść dostępna dla abonentów Polityki Cyfrowej]